Zatrzymali się. Dziewczyna przyglądała się mężczyźnie, który trzymał coś w dłoni.
-Zabawę czas zacząć!- krzyknął i wszyscy ruszyli na czerwone "płótno".
Po dwóch godzinach bez przeszkód na drodze niebieskookiej stanęli dwa mężczyźni. Cmoknęła z irytacja i sięgnęła po spluwy umieszczone za paskiem spódniczki. Spluwy zmieniły się w dwie katany i kilkoma zwinnymi ruchami uszkodziła tamtych dwóch do tego stopnia, że nie mogli się już ruszać.
Po tych dwóch, marnych godzinach zostało tylko 27 osób- ci "nieludzie".
W końcu dotarła do tunelu pełnego srebrnych talarów. Uśmiechnęła się, była już coraz bliżej zwycięstwa. Jednym z zadań było zdobycie srebrnego klucza do drzwi wyjściowych. Blondyn miał rację- struktura budynku była inna... Pojawiło się więcej pomieszczeń, pułapek i innych rzeczy. Jak mówił "Co roku zmienia się całkowicie. Dwa lata temu były drewniane łamigłówki-pułapki, jeżeli ktoś wybrał złą drogę zapadał się i automatycznie opuszczał zawody.". W tym roku było więcej pułapek i labiryntów. Na szczęście nos dziewczyny umiał wyczuć niebezpieczeństwo. Zmieniła się w wilka i ruszyła do przodu wybierając odpowiednią drogę. Znalazła klucz i strażnika, którym okazał się być... kot. Przegoniła go warcząc i znów odmieniła się w ludzką postać, zabrała klucz i wyszła z tunelu.
Otworzyła masywne drzwi wyjściowe i opuściło tamto miejsce w czasie tylko 6 godzin. Pozostali jak zwykle zostali zamknięci w willi i nie mogli wyjść, aż do następnego świtu. Odeszła uśmiechając się po czym nastąpił silny wybuch. Willa wyleciała w powietrze. Dziewczyna uśmiechnęła się psychopatycznie a następnie roześmiała jak wariatka. Uspokoiła się i odeszła jakby nigdy nic zostawiając za sobą gruz i zwłoki.
***
Jestem w jakimś nieznanym mieście, pytam ludzi o drogę do Wrocławia(...). Nikt oczywiście nie wie. Spotykam jakąś staruszkę mówi mi, że mam iść na pociąg. Idę na pociąg, ktoś mi tłumaczy, ze to nie jest taki zwykły pociąg. W końcu przyjeżdża wchodzę do środka nikogo na pierwszy rzut oka nie ma.
Trochę później zasnęłam odezwała się do mnie jakaś dziewczyna siedząca obok.
-Hej, gdzie jedziesz?- zapytała szeptem.
-Hej, gdzie jedziesz?- zapytała szeptem.
-Wrocław, chyba...- odpowiedziałam także szeptem, nagle do przedziału wszedł jakiś facet ubrany na czarno i rozejrzał się. My znów zakryliśmy się kołdrami i udawaliśmy, ze śpimy. Facet odszedł.
-Jedziesz z nami pierwszy raz prawda?- zapytała znowu.
-Tak- znów ten sam facet teraz podszedł jednak do nas i zobaczył czy śpimy chyba coś wyczuł, bo podszedł do wielkiej maszyny z głośnikami. Naraz słyszymy piosenkę rockową puszczaną na fula. Ja podrywam się z miejsca i krzyczę "Jezus, Maria! Co do cholery?!". Do przedziału weszła jakaś kobieta i podeszła do mnie i tej dziewczyny.
-Wstańcie- powiedziała, a raczej rozkazała nam. Zrobiliśmy to. Pociąg się zatrzymał, a my musieliśmy wyjść, był to środek jakiegoś lasu.
-To nie tak! To on zaczął ze mną rozmowę i zagroził, że jeżeli pójdę spać to mnie zabije!- wyjęczała.
-To prawda?- spojrzała na mnie kobieta.
-Oczywiście, że nie! Ona pierwsza zapytała mnie gdzie jadę więc odpowiedziałem, tyle.- skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
-Nie ważne. Sami znajdziecie drogę. Nigdy już nie ważcie się korzystać z naszych linii.- warknęła i weszła z powrotem do pociągu a ten odjechał.
Kilka godzin błąkaliśmy się po tym lesie szukając czegoś do jedzenia. Ja zbierałam wielkie brzoskwinie rosnące na chyba krzakach. Dziewczyna zniknęła z pola widzenia.
-Rikka jesteś tu gdzieś?- zawołałam.
-Jestem tutaj Miki-kun!- odezwała się. Najwyraźniej z czegoś się cieszyła.
Ruszyłam w jej stronę i zobaczyłam jak rozmawia z jakimś ptakiem wyglądającym jak krzyżówka sokoła i jeżyka(ptak). Ptak po między odpowiedziami karmił młode.
-Więc też nie wiesz jak się stąd wydostać?- powiedziała już trochę smutniej.
-Niestety. Nie mogę polecieć wyżej niż te kilkanaście metrów. Wybacz...- odpowiedział ptak i zleciał dziewczynie na ramię, młode w dziupli zasnęły, a ja wpatrywałam się w ptaka.
-Ach... Proszę, spróbuj- powiedziałam wyciągając w stronę ptaka kawałek arbuza, którego także znalazłam na krzakach. Ptak zabrał w dziób czerwony miąższ i od razu go wypluł.
-Ohyda! Chcesz mnie otruć człowieku?!- krzyknął a z dziupli za dziewczyną wyleciało kilka dorosłych już ptaków.
Zaśmialiśmy się równo i poszliśmy w głąb lasu. Trzymałam w dłoniach siatkę z brzoskwiniami.
-Czemu cię tak potraktowała, skoro jesteś jej córką?- zapytałam patrząc na szatynkę.
-Nie jestem jej biologiczna córką, ona mnie nienawidzi- zaśmiała się.- Widzisz ona jest teraz żoną mojego taty, ale on zniknął...- posmyrała sokoło-jeżyka pod "bodą".
-Rozumiem. Może gdzieś usiądziemy i zjemy? Zgłodniałem- Rikka przytaknęła i usiedliśmy na jednym z obalonych Pniów. Zaczęliśmy ucztę z brzoskwiń i arbuza. Gdy już pojedliśmy, odpoczęliśmy trochę i znów ruszyliśmy przed siebie.
-Mam nadzieję, że stąd wkrótce wyjdziemy...- powiedziałam patrząc na korony drzew nad nami. Po chwili znikąd pojawiła się znowu ta kobieta.
-Dostałam rozkaz z biura aby dać wam drogę.- burknęła najwyraźniej niezadowolona. Przed nami pojawiły się niebieskie płaszczyzny, stworzone tylko i wyłącznie ze światła.- Kiedy kazałam wam wtedy wyjść specjalnie podstawiłam tego ptaka abyście mieli co jeść, ale ten niestety znalazł jakieś opuszczone gniazdo i zaczął wychowywać pisklęta. Żadnego pożytku. Proszę, możecie iść- wskazała na drogę.- Idąc tym szlakiem powinniście wyjść z lasu. Żegnam.- zniknęła, a my na siebie spojrzeliśmy.
-Ty też możesz z nami iść- powiedziała Rikka patrząc na ptaka siedzącego jej na ramieniu.
-Z chęcią opuszczę to miejsce.
-Miki-kun chodźmy- uśmiechnęła się do mnie. Oboje zaczęliśmy iść powoli po niebieskich płaszczyznach. Wyszliśmy z lasu i...
***
No właśnie i nic... Sen mi się urwał, bo papuga zaczęła przekrzykiwać mojego kota... Ale był fajny sen :D


