"Czasami widzimy we śnie coś, czego nigdy nie widzieliśmy, ani o czym nie słyszeliśmy w tym życiu, ale wszystkich tych incydentów doświadczyliśmy w różnym czasie, w różnych miejscach i w różnych okolicznościach".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieznane miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieznane miejsca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 grudnia 2013

(30.12) - "Ty nie zabijesz 60 000 ludzi..."

Z perspektywy 3 os.
Forma opowiadania.

   Dziewczyna właśnie wychodziła ze szkoły po udanym przyjęciu pożegnalnym, ubrana była w czarną sukienkę, ocieplaną narzutkę oraz bordowe buty na koturnie. Z uśmiechem pożegnała się ostatni raz i zaczęła ślizgać się jak na łyżwach po śniegu. Po drodze spotkała dwie dziewczyny- swoje przyjaciółki uśmiechnęły się smutno i pomachały jej.
   Kilka tygodni później w wiadomościach słychać następujące ogłoszenie oraz apel do mieszkańców niewielkiego miasteczka:
Chwilę przed rozpoczęciem naszego programu policja odnalazła w pobliskim jeziorze zamarznięte zwłoki chłopca w wieku gimnazjalnym. Okazało się, iż został zabity poprzez dwa pchnięcia nożem w okolicach płuc oraz uderzenie w tył głowy twardym narzędziem. Zwłoki- jak wynika z opinii lekarza oraz byłego śledczego, leżały w wodzie od trzech dni. 
Chłopiec ubrany był z niewiadomego powodu w czarną sukienkę, narzutę, rajstopy w pasy oraz bordowe buty za kostkę.

Prosimy pozostać w domach. Prawdopodobnie powtórzy się zdarzenie sprzed sześciu lat. 
Powtarzam! Prosimy  pozostać w domach i pod żadnym pozorem nie wychodzić!

   Rok później, to samo niewielkie miasteczko. Przez ulicę kroczy z założonymi za plecy rękami chłopak i rozgląda się ciekawy. Delikatny uśmiech znika z jego ust, wzdycha i wkłada dłonie do kieszeni, jednak szybko zmienia zdanie znów zakładając je za plecy. Przechodząc przez jedną z węższych uliczek podlatuje do niego czarny motyl z fioletowymi i niebieskimi wzorami promieniującymi delikatnym światłem na skrzydłach. Wygląda to tak, jakby owad przyglądał mu się... Po kilku sekundach wzory ze skrzydeł motyla powoli przestają się świecić a sam owad rozsypuje się, jego prochy porywa wiatr. Światło ze skrzydeł oczywiście jak zwykle wręcz "wchodzi" w narzutę chłopaka. On patrzy na to smutnie na następnie unosi ręce po czym sam zaczyna się unosić. Chwilę zajmuje mu uniesienie się na wysokość pobliskiego domku jednorodzinnego z którego okien spogląda na niego kilka, jak nie kilkanaście par czerwonych oczu. Delikatnie ląduje na szczycie dachu i kieruje wzrok w stronę wschodzącego słońca...
   Przemierzając leniwie pozostałe dachy nuci spokojną melodię. Mimo glanów, które miał na sobie stąpał po dachach zadziwiająco cicho... Zatrzymał się przed zniszczonym, żółtym murem więziennym. Zrobił krok w tył i znów uniósł się stając na zniszczonej części muru. Przyglądał się z obrzydzeniem na więźniów pilnowanych przez policjantów. Kolejna dziura w murze, znów lekki skok... I tak kilka razy dopóki nie zatrzymał się na płocie okrążającym kolejny z domków. Zatrzymał go wysoki mężczyzna ze spluwą w dłoni skierowaną na niego.
-Mamy nie wyrównane rachunki- powiedział naciskając na spust. Chłopak spojrzał na niego z góry a kula odbiła się od niewidzialnej ściany. Mężczyzna prychnął i wystrzelił ponownie. Tym razem kula nie trafiła w ogóle ponieważ brunet stał na mężczyzną z uniesioną na wysokości jego głowy dłonią. Otworzył usta delikatnie i wydał z siebie cichą melodię prawie niesłyszalną, po chwili jednak dźwięk ten zaczął stawać się coraz niższy a także zdawał się zanikać z każdą sekundą ponieważ dźwięki osiągały coraz to wyższą częstotliwość.
-Przestań...!- warknął mężczyzna.- Proszę cię... Wybacz mi... Przestań... Przestań!!- krzyknął po czym z jego ust obficie wypłynęła krew. Mężczyzna padł na ziemię a chłopak po prostu odszedł.
   Sytuacja kilka razy się powtórzyła.
-To nie tak, że chcę zabijać...- mamrotał przechodząc obok kilku facetów leżących na ziemi i wykrwawiających się. Obok nich leżały bronie.- ... To po prostu mechanizm obronny...- dodał równie mamrotem.

   Sen powoli się kończy chłopak idzie znów po dachach "zbierając" motyle. Widzi ciemne niebo, które z niebieskiego przechodzi w żółty a potem zgniły zielony, oraz widzi stary dom, który budzi niepokój. Oddala się od niego i nagle napadają go czterej faceci. W dłoniach mają kije baseballowe chłopak próbuj unieść się jak najwyżej, ale jak na złość "energia" narzuty się kończy i ten zostaje zabity.

   Jeszcze chwilę potem pokazuje się duże pomieszczenie z wielkim stołem przy którym siedzi grono mężczyzn, na stole położone jest płótno z podobiznami ich samych oraz chłopaka. Jest to ukazane w kręgu, a w sumie spirali. Na samym jej końcu jest ten najsilniejszy i najbardziej niebezpieczny a w środku ten najsłabszy.
Najwyższy z mężczyzn zaczął:
-To ja powinienem się tym zająć! W końcu jestem synem śmieci!
-Przestań pieprzyć!- odkrzyknął mężczyzna w białej szacie.- Prędzej umrzesz niż cokolwiek z tym zrobisz...
-Oboje się przymknijcie! Koszmar.- spojrzał na nieco niższego, ubranego na czarno mężczyznę.
-Nawet ja tego nie zrobię. W swojej "karierze" nigdy nie udało mi się zabić tylu ludzi...
-Coś powiedział?! Jestem najsilniejszy z was!- krzyknął ten wysoki.
-Nawet ty nie zdołałeś zabić 60 000 ludzi...- mówiąc to placem dotknął podobizny chłopaka znajdującego się na końcu spirali.- On jedyny jest jego synem...
   Na końcu sali pojawiło się coś o zbliżonym do człowieka wyglądzie. Miało długie rogi oraz czerwone oczy jak i kilkadziesiąt oczu na swoim ciele. Głowa postaci zdawała się unosić, a czerwone części promieniały. Długa peleryna zmieniała się w cienie i falowała ku górze.

Sen się kończy.


sobota, 7 września 2013

(07.09-08.09) - Po prostu sen... Najzwyklejszy sen :) I przytulanie

   Sen który, zaraz po zaśnięciu sobie uświadomiłam :)


   Stałam na jakimś pustkowiu, jednak nie takim całkowitym pustkowiu... Było tam pełno naturalnych basenów, które były dużymi dziurami w ziemi. Stojąc nad jednym takim "basenem" spotkałam pewną lolitkę ubraną na biało. Przez chwilę się jej przyglądałam po czym "zaskoczyłam" gdzie jestem.
-ZARAZ! To jest sen przecież! Pamiętam cię, wcześniej też się tutaj spotkałyśmy!- krzyknęłam, a dziewczyna uśmiechnęła się miło.- A skoro to sen...- mruknęłam do siebie i zaczęłam biec w stronę jednego z "basenów". Tak jak przypuszczałam był tam Ryohei(Katekyo Hitman Reborn), spotkałam... Nie. Widziałam go w tym samym miejscu z perspektywy drugiej osoby kilka miesięcy temu kiedy wrzucił moją OC(Satanae) do wody, a potem ona pociągnęła go za sobą i się śmiali. Gdy do niego podeszłam on miał zamiar wejść do wody, ale się powstrzymał i podszedł do mnie i przytulił :)
   Potem o czymś rozmawialiśmy, nie pamiętam już o czym. Poszliśmy do samotnego domu stojącego trochę bardziej w głąb lasku, który był na terenie pustkowia. Gdy byliśmy już przy drzwiach z domu wyszedł dość wysoki brunet, był to Yamamoto jak dobrze pamiętam(On także jest z KHR) stał przed nami jak wryty, a następnie rzucił mi się na szyję z szerokim uśmiechem(także mnie przytulił ;)). Nic nie mówił po protu mnie tulił a ja powoli zalewałam się łzami.
-OI! Wiesz dobrze, że nie możemy zostawiać tak długo otwartych drzwi!- usłyszałam z domu po czym na "ganek" wyszedł szaro włosy chłopak i zamilknął.
-Gokudera...!- krzyknęłam i gdy brunet mnie już puścił rzuciłam się w ramiona zielonookiego.(W tym śnie jest duuuużo przytulania :3). Ten najpierw nie wiedział o co chodzi, ale potem zalał się łzami i mooocno mnie przytulił przy czym złapał coś co "wyrastało" mi z głowy(sądzę, że były to uszy. Była to perspektywa pierwszej osoby). Położyłam  dłoń na jego włosach i odetchnęłam.
-Idiotka! Wszyscy się o ciebie martwili! Gdzieś ty była przez ten czas?!- warknął na mnie.
-Podróżowałam...- mruknęłam tylko po czym go odepchnęłam lekko.- Właśnie! Gdzie Kyo-chan?!- zaczęłam się rozglądać (Teraz dopiero doszło do mnie, że "Kyo-chan" na Kyouye mówi TYLKO moja OCka- Satanae. Prawdopodobnie to nią byłam).
-Prawdopodobnie jest gdzieś i trenuje...- mruknął brunet.

Przeskok w czasie.

   Jesteśmy teraz praktycznie wszyscy w jednym "nawiedzonym" domu stojącym niedaleko. Fuuta(KHR) stoi za mną wystraszony. Odzywa się Yamamoto:
-Ale będzie dużo jump scarów- zaśmiał się i poszliśmy w głąb domu. Ciemno, niczego nie widać, mamy do dyspozycji tylko i wyłącznie ledwo palącą się świeczkę. Ktoś do nas dopija. Mój pisk. Podnoszę wzrok przerażona i tą osobą okazuje się być Hitsugaya z Bleacha! Znów nagły przeskok jesteśmy ponownie w domu. Siedzimy przy wielkim stole i zaczynamy jeść. Po obiedzie wychodzę się przejść z Gokuderą i spotykamy Haru, znowu ktoś mnie przytula- Haru. Zaczynamy rozmowę a gdy już ją kończymy Haru odchodzi w stoją stronę, a my w swoją.

Przeskok.

Jest grubo po 21 ja zbieram się by odejść. Robię to niechętnie, ale muszę(nie wiem czemu). Gdy chcę się wyrwać po kryjomu zatrzymuje mnie Gokudera.
-Dokąd się wybierasz?- patrzy na mnie z wyrzutami. Był zły.
-Chciałabym zostać, ale nie mogę... Przepraszam... Ja... Dawno już nie przebywałam z rodziną(tu: mafia)- spojrzałam mówiąc to na witrażowe okno.- Widzisz, uświadomiłam sobie, że nieważne co robię potem cierpię- zaśmiałam się krótko powstrzymując łzy.
-Więc masz zamiar zostawić nas na kolejne kilka lat tak? Czy już nie wrócisz?
-Oczywiście, że nie(tutaj widok z "kamery" skierowany na mnie- jak się okazuje, jestem moją OC)- uśmiechnęłam się.- Niedługo znów wpadnę, nie martw się.
-Obiecujesz?- podszedł bliżej i wystawił w moją stronę rękę z podniesionym tylko małym palcem(nie wiem  jak to napisać, wybaczcie...). Patrzyłam na niego chwilę zdziwiona i ponownie się uśmiechnęłam.
-Obiecuję...- zamknęłam oczy i wykonaliśmy obietnicę małego palca(przepraszam, znowu nie wiem jak to napisać). Gdy już było "po wszystkim" pomachałam jeszcze i odeszłam.- No i nie spotkałam Kyo-chana- westchnęłam wycierając łzy.
-Masz tu przyjść na święta cholerny psie!- krzyknął jeszcze szaro włosy uśmiechając się. Odchodząc spojrzałam przez ramię na chłopaka i uśmiechnęłam się.

***
Ten sen stał się jednym z moich ulubionych, przez chwilę miałam tak, że sen mieszał się z rzeczywistością i słyszałam szlochanie. Nie wiem czy to w mojej głowie czy w rzeczywistości. W każdym razie to był drugi z tych bardziej wzruszających snów, których miałam jak na razie tylko 2 :) Postacie pochodzą z anime i mangi Kateikyoushi Hitman Reborn! i oczywiście Hitsugaya jest z Blecha. Niedługo dodam następną notkę :)

środa, 21 sierpnia 2013

(20.08-21.08)- Zawody i Pociąg

  
 Granatowowłosa pierwszy raz jest w takim miejscu. Co z tego, że blondyn wcześniej powiedział jej o co mniej/więcej chodzi. W miejscu, w którym wcześniej była było także tyle osób. Od najzwyklejszych ludzi do bogów w ludzkiej postaci. Ostatnim razem odprowadzała tu blondyna kiedy ten brał udział w tych zawodach. Wielka można nazwać to miejsce willa, w której było wiele pomieszczeń tworzących labirynt. W końcu pozwolili wejść wszystkim 65 graczom. Granatowowłosa znalazła się na prowadzeniu zaraz przy wejściu, nic dziwnego, przecież jest szybsza i silniejsza od jakiegoś tam człowieka.
   Zatrzymali się. Dziewczyna przyglądała się mężczyźnie, który trzymał coś w dłoni.
-Zabawę czas zacząć!- krzyknął i wszyscy ruszyli na czerwone "płótno".
  
   Po dwóch godzinach bez przeszkód na drodze niebieskookiej stanęli dwa mężczyźni. Cmoknęła z irytacja i sięgnęła po spluwy umieszczone za paskiem spódniczki. Spluwy zmieniły się w dwie katany i kilkoma zwinnymi ruchami uszkodziła tamtych dwóch do tego stopnia, że nie mogli się już ruszać.
   Po tych dwóch, marnych godzinach zostało tylko 27 osób- ci "nieludzie".
   W końcu dotarła do tunelu pełnego srebrnych talarów. Uśmiechnęła się, była już coraz bliżej zwycięstwa. Jednym z zadań było zdobycie srebrnego klucza do drzwi wyjściowych. Blondyn miał rację- struktura budynku była inna... Pojawiło się więcej pomieszczeń, pułapek i innych rzeczy. Jak mówił "Co roku zmienia się całkowicie. Dwa lata temu były drewniane łamigłówki-pułapki, jeżeli ktoś wybrał złą drogę zapadał się i automatycznie opuszczał zawody.". W tym roku było więcej pułapek i labiryntów. Na szczęście nos dziewczyny umiał wyczuć niebezpieczeństwo. Zmieniła się w wilka i ruszyła do przodu wybierając odpowiednią drogę. Znalazła klucz i strażnika, którym okazał się być... kot. Przegoniła go warcząc i znów odmieniła się w ludzką postać, zabrała klucz i wyszła z tunelu.
   Otworzyła masywne drzwi wyjściowe i opuściło tamto miejsce w czasie tylko 6 godzin. Pozostali jak zwykle zostali zamknięci w willi i nie mogli wyjść, aż do następnego świtu. Odeszła uśmiechając się po czym nastąpił silny wybuch. Willa wyleciała w powietrze. Dziewczyna uśmiechnęła się psychopatycznie a następnie roześmiała jak wariatka. Uspokoiła się i odeszła jakby nigdy nic zostawiając za sobą gruz i zwłoki.
***

   Jestem w jakimś nieznanym mieście, pytam ludzi o drogę do Wrocławia(...). Nikt oczywiście nie wie. Spotykam jakąś staruszkę mówi mi, że mam iść na pociąg. Idę na pociąg, ktoś mi tłumaczy, ze to nie jest taki zwykły pociąg. W końcu przyjeżdża wchodzę do środka nikogo na pierwszy rzut oka nie ma.

   Trochę później zasnęłam odezwała się do mnie jakaś dziewczyna siedząca obok.
-Hej, gdzie jedziesz?- zapytała szeptem.
-Wrocław, chyba...- odpowiedziałam także szeptem, nagle do przedziału wszedł jakiś facet ubrany na czarno i rozejrzał się. My znów zakryliśmy się kołdrami i udawaliśmy, ze śpimy. Facet odszedł. 
-Jedziesz z nami pierwszy raz prawda?- zapytała znowu.
-Tak- znów ten sam facet teraz podszedł jednak do nas i zobaczył czy śpimy chyba coś wyczuł, bo podszedł do wielkiej maszyny z głośnikami. Naraz słyszymy piosenkę rockową puszczaną na fula. Ja podrywam się z miejsca i krzyczę "Jezus, Maria! Co do cholery?!". Do przedziału weszła jakaś kobieta i podeszła do mnie i tej dziewczyny.
-Wstańcie- powiedziała, a raczej rozkazała nam. Zrobiliśmy to. Pociąg się zatrzymał, a my musieliśmy wyjść, był to środek jakiegoś lasu.
-To nie tak! To on zaczął ze mną rozmowę i zagroził, że jeżeli pójdę spać to mnie zabije!- wyjęczała.
-To prawda?- spojrzała na mnie kobieta.
-Oczywiście, że nie! Ona pierwsza zapytała mnie gdzie jadę więc odpowiedziałem, tyle.- skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
-Nie ważne. Sami znajdziecie drogę. Nigdy już nie ważcie się korzystać z naszych linii.- warknęła i weszła z powrotem do pociągu a ten odjechał.

   Kilka godzin błąkaliśmy się po tym lesie szukając czegoś do jedzenia. Ja zbierałam wielkie brzoskwinie rosnące na chyba krzakach. Dziewczyna zniknęła z pola widzenia.
-Rikka jesteś tu gdzieś?- zawołałam.
-Jestem tutaj Miki-kun!- odezwała się. Najwyraźniej z czegoś się cieszyła.
   Ruszyłam w jej stronę i zobaczyłam jak rozmawia z jakimś ptakiem wyglądającym jak krzyżówka sokoła i jeżyka(ptak). Ptak po między odpowiedziami karmił młode.
-Więc też nie wiesz jak się stąd wydostać?- powiedziała już trochę smutniej.
-Niestety. Nie mogę polecieć wyżej niż te kilkanaście metrów. Wybacz...- odpowiedział ptak i zleciał dziewczynie na ramię, młode w dziupli zasnęły, a ja wpatrywałam się w ptaka.
-Ach... Proszę, spróbuj- powiedziałam wyciągając w stronę ptaka kawałek arbuza, którego także znalazłam na krzakach. Ptak zabrał w dziób czerwony miąższ i od razu go wypluł.
-Ohyda! Chcesz mnie otruć człowieku?!- krzyknął a z dziupli za dziewczyną wyleciało kilka dorosłych już ptaków.
   Zaśmialiśmy się równo i poszliśmy w głąb lasu. Trzymałam w dłoniach siatkę z brzoskwiniami.
-Czemu cię tak potraktowała, skoro jesteś jej córką?- zapytałam patrząc na szatynkę.
-Nie jestem jej biologiczna córką, ona mnie nienawidzi- zaśmiała się.- Widzisz ona jest teraz żoną mojego taty, ale on zniknął...- posmyrała sokoło-jeżyka pod "bodą".
-Rozumiem. Może gdzieś usiądziemy i zjemy? Zgłodniałem- Rikka przytaknęła i usiedliśmy na jednym z obalonych Pniów. Zaczęliśmy ucztę z brzoskwiń i arbuza. Gdy już pojedliśmy, odpoczęliśmy trochę i znów ruszyliśmy przed siebie.
-Mam nadzieję, że stąd wkrótce wyjdziemy...- powiedziałam patrząc na korony drzew nad nami. Po chwili znikąd pojawiła się znowu ta kobieta.
-Dostałam rozkaz z biura aby dać wam drogę.- burknęła najwyraźniej niezadowolona. Przed nami pojawiły się niebieskie płaszczyzny, stworzone tylko i wyłącznie ze światła.- Kiedy kazałam wam wtedy wyjść specjalnie podstawiłam tego ptaka abyście mieli co jeść, ale ten niestety znalazł jakieś opuszczone gniazdo i zaczął wychowywać pisklęta. Żadnego pożytku. Proszę, możecie iść- wskazała na drogę.- Idąc tym szlakiem powinniście wyjść z lasu. Żegnam.- zniknęła, a my na siebie spojrzeliśmy.
-Ty też możesz z nami iść- powiedziała Rikka patrząc na ptaka siedzącego jej na ramieniu.
-Z chęcią opuszczę to miejsce.
-Miki-kun chodźmy- uśmiechnęła się do mnie. Oboje zaczęliśmy iść powoli po niebieskich płaszczyznach. Wyszliśmy z lasu i...
***
 No właśnie i nic... Sen mi się urwał, bo papuga zaczęła przekrzykiwać mojego kota... Ale był fajny sen :D

sobota, 17 sierpnia 2013

(16.08-17.08)- Motyl, wampir i pies.(trzy sny)

   Sen nr 1

 

   Razem z klasą(powiedzmy, nie wiem czy to była moja klasa) mieliśmy wycieczkę do jakiegoś miasta. Zatrzymaliśmy się przy jakimś starym budynku, który znajdował się jakby w parku Mysłowickim(miasto, w którym mieszkam). "Wychowawczyni" kazała nam teraz robić co chcemy. Wszyscy się rozeszli a ja poszłam usiąść na jednej z drewnianych ławek. Nagle przed moimi oczami przeleciało coś wielkiego... Zerwałam się i ruszyłam za tym.
   Trzy ławki dalej, siedziały na niej wielkie motyle. Były jak moja dłoń, jeden był całkowicie czarny, następny jaskrawo błękitny(patrząc na niego poczułam strach), a jeszcze jeden był czarno-czerwony, tzn. górne skrzydła były czarno-białe, a dolne krwisto czerwone. Był chyba najładniejszy z nich... Patrzyłam tak na nie w ciszy, aż w końcu ten czarny usiadł mi na ręce, a pozostałe dwa odleciały. Wtedy spojrzałam na trasę, którą lecą i ujrzałam tęczę. Wtedy byłam tylko ja- pozostali znikli... No i sen się urywa, a ja przenoszę się w jakieś nieznane miejsce.

Sen nr 2


   Teraz jestem na polu. Wokół las i domki jednorodzinne- wyglądały na opuszczone. Podbiega do mnie mój tato i ciągnie mnie gdzieś. 
   Przenosimy się do jakiegoś domu. On zaczyna o czymś mówić( niestety nie pamiętam o czym). Jeszcze później dowiaduje się chyba od samej siebie, że on jest wampirem więc gdy tato się kładzie spać ja uciekam z domku i biegnę przez te pola jak idiotka. I w tym momencie zmieniam się w... chłopaka. Wysokiego bruneta. Zatrzymuję się znowu w innym miejscu.

Sen nr 3


   Jestem w(prawdopodobnie) czyimś ogrodzie działkowym i rozglądam się. Widzę czarnego psa podobnego do ponuraka z Harreg'o Potter'a tyle, że ten ze snu był mniejszy i jakby... bardziej puszysty? Wpatruję się w niego i w końcu podchodzę, ten skacze i na ramie mi wyrasta czarny ogon i uszy, pies znika jakby nigdy nic. ja dostaję jakiegoś odpału i zaczynam biec na czterech... 
   Biegnę przez ulicę, na której się znalazłam nie wiedząc nawet kiedy i rozglądam się na boki. Widzę jak przez furtki przeskakują psy(?) i biegną za mną (LOL). Biegnę dalej i mijam przechodniów, którzy zostają zahipnotyzowanie przez nieznaną mi siłę i popełniają samobójstwo. Nagle mnie i te wszystkie psy zaczyna gonić policja i CIA. Gonią nas my w końcu się zatrzymujemy ja wstaję i podchodzę do jednego z funkcjonariuszy i podpisuję coś, potem podchodzę do jednego z agentów CIA z kartką w ręku i długopisem. Zaczyna się rozmowa.
-I jak?- pyta agent. Ja spoglądam na psy za mną.
-Eksperyment wypalił- szczerzę się.
-Co z ludźmi?
-Zaraz po dotknięciu przez niego...- tu wskazuję na czarnego pieska na moim  ramieniu(ten sam co wcześniej, ale mniejszy)-... zaczynają popełniać samobójstwa. Jak widać wszystko poszło jak chcieliście.
-Dobrze się spisałeś Rex.- mówi agent i zaczyna mierzwić moje włosy(oczywiście ja dalej jestem w ciele tego chłopaka). Zamykam oczy i zaczynam merdać ogonem ciesząc się z pochwały.- Teraz możesz już iść. My zajmiemy się więźniami- powiedział patrząc na tamte psy co za mną biegły. Policjańci skuwali psy kajdankami i prowadzili je do wozów z klatkami. Agenci CIA też odchodzą z raportem i odjeżdżają. Ja czekam aż ci znikną z pola widzenia i gdy już ich nie widzę znów na czterech biegnę dalej, tym razem już sama. 
   Przeskok w czasie- jest wieczór, ja jestem na jakimś placu budowy i wtedy orientuję się, że to jedna, wielka łamigłówka. Rozglądam się szukając dawcy, ale go nie zauważam więc zaczynam myśleć. Dochodzi do mnie, że ta łamigłówka to coś w rodzaju labiryntu i jeżeli wybiorę złą drogę już się nie obudzę ponieważ pożre mnie wielki, truskawkowy kisiel(naprawdę chodziło o KISIEL)... Na moim ramieniu pojawia się opaska Orpheusza i wtedy wybieram drogę znaczoną drzewem jabłkowym w pełnym rozkwicie. Zaczynam biec na czterech i szybko analizować drogę. Skręcam w prawo i znajduję wyjście. Odetchnęłam z ulgą i wstałam a labirynt się rozsypał... Po drodze do domu spotykam Simbę, który ucieka przed hienami i ukrywa się w jednym z opuszczonych domków jednorodzinnych. Ja nie zwracam na to większej uwagi i "znikam" we mglę. Na końcu widziałam to wszystko z perspektywy drugiej osoby.

***
Nie wiem co wpływa na tak wielka dziwaczność snów, ale ja i tak swoje sny uwielbiam. Szczególnie jeżeli mam nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Nawet tę najmniejszą. Teraz idę szukać znaczenia tych snów w senniku.