"Czasami widzimy we śnie coś, czego nigdy nie widzieliśmy, ani o czym nie słyszeliśmy w tym życiu, ale wszystkich tych incydentów doświadczyliśmy w różnym czasie, w różnych miejscach i w różnych okolicznościach".

czwartek, 15 sierpnia 2013

(12.08-13.08)- Perseidy



  Podwórko mojej cioci. Dzieci- Oliwia(bratanica), Sonia(kuzynka) i Kinga(siostrzenica) bawią się w berka oraz chowanego. Nagle z mieszkania mojej cioci wychodzi wysoki, czarnowłosy mężczyzna(Dantalion) oraz trochę niższy i drobniejszy chłopak, którego włosy wahały się od błękitu do delikatnego fioletu(Sitri). Wyglądał trochę jak dziewczyna. W końcu obaj wyszli z klatki schodowej i brunet mnie zawołał.
-Mika! Dawno się nie widzieliśmy, nie sądzisz?- uśmiechnął się.
-Masz już wszystko przygotowane?- zapytał błękitnooki.
-Ach, pewnie! Musimy tylko iść do mojego mieszkania.- odpowiedziałam.
***
[Przeskok w czasie]
[WIECZÓR ok. 20]


-Patrzcie! Już trochę widać!- krzyknęłam wskazując na nocne niebo, które przecięła spadająca gwiazda.
-Nigdy nie myślałem, ze to kiedyś zobaczę...- odpowiedział Sitri przegryzając ciastko i odchodząc bliżej okna.
   Niebo rozświetliło wiele Perseidów. Przepiękne, złote oraz błękitne smugi przecinały nocne niebo raz za razem, a my wpatrywaliśmy się w to ze zdumieniem. Sitri dalej chrupał ciastka i wafelki a Dantalion opierał się o parapet. Nagle przed moją twarzą pojawiło si e coś w rodzaju świetlika... Było złocisto-niebieskie i czuło się od tego przyjemne, delikatne ciepło. "Świetlik" jakby się we mnie wpatrywał... Nastawiłam kocie uszy na baczność i uśmiechnęłam się, a on zatańczył w powietrzu pozostawiając za sobą przepiękne, jasne smugi. Sitriemu oczy aż zabłyszczały z zachwycenia i przestał nawet chrupać ciastko, natomiast Dantalion uśmiechnął się i powiedział jakby półszeptem "Piękne...". Nagle Perseid- bo był to właśnie jeden, przeleciał nad moją głową i z powrotem skierował się ku otwartemu oknu tworząc jakby ścieżkę... Ścieżkę podobną do brokatu... Naszła mnie myśl aby wejść na nią. I tak tez zrobiłam. Powoli wspięłam się na parapet a następnie jedną noga stanęłam na tej właśnie ścieżce. Potem zrobiłam kilka koków i w końcu uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i jakby zatańczyłam na tej ścieżce.
-Tez tak chcę!- krzyknął Sitri i wskoczył na ścieżkę zaraz po mnie o czym ruszyliśmy w górę za "świetlikiem". Brunet tylko na nas patrzył z uśmiechem po czym odszedł i jakby rozpłynął się w powietrzu, z Sitrim było podobnie... Jak tylko doszliśmy trochę wyżej on także zaczął się "rozsypywać" pozostawiając po sobie tylko drobne "gwiazdeczki brokatu", które zawirowały wokół mnie...

   Na samym końcu usłyszałam tylko cichy śmiech jakiejś osoby i obudziłam się mając w głowie właśnie obraz nieba rozświetlonego przez Perseidy. Może w rzeczywistości nie było ich widać, ponieważ niebo było zachmurzone, ale sen to jednak jakby lepsze doznania :)

***
Od teraz będę do każdego postu dodawała zdjęcia/rysunki przedstawiające mniej/więcej moje sny, oraz będą tagi.

(06.10.12r-07.10.12r)- Gold Golem(Złoty Golem)

   Akcja rozgrywa się w bliskiej przyszłości. Polska zajmuje teraz ponad połowę powierzchni Ziemi wliczając morza i oceany. Zaawansowana technologia szerzy się na wszystkie strony świata. Autostrady łączące kontynenty są opuszczone. W tym spokojnym klimacie na rynku głównym w ¹Varii, oglądając się za siebie na deskorolce jechała młoda dziewczyna. Miała na sobie bluzkę z długim rękawem, białą spódniczkę oraz białe, luźne nogawki, na głowie lekko zsuniętą czapkę z kocimi uszkami. Za dziewczyną ścigała grupka nastolatków.
   Cmoknęła z irytacją i skręciła w dobrze jej znaną uliczkę prowadzącą przed Instytut Badawczy im. Luis Scratch. Gdy jechała już bliżej murów skoczyła na czerwone "poddasza" łapiąc deskorolkę jedną ręką i tym samym unikając ciosu łańcucha. Pozostali ruszyli za nią a chłopak stojący na ich czele wymachiwał łańcuchem nad głową przyspieszając. Kolejny skok, tym razem na kolejny z czerwonych daszków, ale ustawiony wyżej. Pościg trwał już dobre dwie godziny, nikt nie miał zamiaru odpuścić.
   W końcu wszyscy znaleźli się na dachu Instytutu. Blondyn kolejny raz rzucił w jej stronę łańcuchem
-Kya!- pisnęła cudem unikając metalu, niestety szara czapka, którą miała została przybita do muru wejścia na dach.- A tak ją lubiłam...- powiedziała do siebie z żalem patrząc na czapkę. To jednak jeszcze bardziej zmotywowało ją do ucieczki.
   Ponownie odepchnęła się nogą od szarej powierzchni, po której jechała. Przeskoczyła na kolejny z dachów tyle, że niższy. Kolejne uderzenie srebrnego łańcuchu wbiło się w cement, grunt się zatrząsł, a srebrny metal okrążyły błyskawice mieniące się złotym, srebrnym i niebieskim kolorem. Gładką powierzchnię przecięły pęknięcia a szarą do tej pory, nikłą ciemność rozjaśniło jasne światło. Ludzie stojący na dole na pewno mięli niezły widok. Blondyn zacisnął zęby w uśmiechu i szarpnął łańcuch. Po chwili było już widać jeden z pomniejszych budynków. Tylko parę metrów dzieliło szatynkę od ziemi. Zaraz po tym jak znaleźli się na mniejszym budynku dziewczyna uśmiechnęła się do siebie podstępnie i w końcu wyskoczyła obracając się wokół własnej osi na tle złotego słońca. Tam jej droga się kończyła.
   Wylądowała na desce robiąc krótki zakręt nie patrząc na drogę. Plusk. Grupa ścigająca zielonooką wpadła do rzeki przepływającej po między budynkiem i drugą połową mostu, który właśnie się otworzył. Blondyn i pozostała piątka wynurzyła się z wody. Dziewczyna zaśmiała się donośnie kładąc ręce na biodra.
-Niech was ryby zeżrą za to, że straciłam ulubioną czapkę gnojki!!- krzyknęła do nich po czym ulotniła się na pustą autostradę.
   Z uśmiechem jechała z rękami za głową po czarnym asfalcie. Nuciła jakąś melodię, w końcu zauważyła znajomego chłopaka z czarnymi włosami. Szedł wolno wyglądając na przygnębionego. Przyspieszyła tak by znaleźć się obok niego i wtedy zwolniła by dotrzymać mu "kroku".
-²Team- szepnęła by zwrócić na siebie uwagę.
-Cze...- odpowiedział tylko.
-Dobrze się czujesz?
-Tak jakby... Właśnie wybieram się na rodeo do wujka.- spojrzał na nią.
-Hmm... Chyba się przyłącze. I tak nie mam co robić- wyszczerzyła się.
-Twój ojciec wie, że bierzesz w tym udział?- zapytał patrząc na deskorolkę.
-Nie. Gdyby się dowiedział spaliłby wszystkie moje nagrody i cały garaż z częściami zapasowymi oraz warsztat...
-Rozumiem... A twoja mama?
-Wyjechała do Londynu kilka dni temu.
-A właśnie! Kumpel powiedział, że za tydzień w Koszarach odbędzie się turniej.
-Haa?! To 200 km drogi stąd- powiedziała podekscytowana.
-Pojadę z tobą jeśli chcesz- uśmiechnął się.
-Przecież cię nie wpuszczą! Nie bierzesz w tym udziału nie?
-Haha... Jeżdżę od kilku miesięcy. Ale i tak ci nie dorównuję- powiedział skromnie.
-Czemu nic nie powiedziałeś?!
-Wybacz... Nie lubię tego rozgadywać...- podrapał się po głowie.

   W oddali było już widać starą farmę, na której terenie stał nie wielki dom o czerwonym dachu. Oboje przyspieszyli. Po krótkiej chwili byli przed wejściem do zagrody. Dziewczyna zeskoczyła z deski i nadeptując ją złapała przedmiot do ręki po czym zabrała go pod pachę. Gwizdnęła z zachwytu.
-Nieźle... Farma się powiększyła?- zapytała.
-Nom... Wuujkuu!- krzyknął wchodząc do zagrody, w której odbywał się turniej ujeżdżania krów.
-Team! NeKo! Witajcie!- krzyknął mężczyzna w podeszłym wieku.
  
   Z białej krowy nagle zleciał młody chłopak i wszyscy obecni wpadli w śmiech.

C.D.N... Może...
***
¹Varia - nazwa Warszawy w obecnym roku.
²Team - czyt. Tiim

czwartek, 18 lipca 2013

(17.07-18.07) "Nie zadzieraj z wilkiem..."

   Mała oaza niedaleko pewnego ośrodka wczasowego. Miasto i kraj nie znany. Pewna granatowowłosa dziewczyna rozmawia z przyjaciółka siedząc na drzewie, do którego przymocowana jest huśtawka(lina i gruby badyl). W pewnym momencie granatowowłosa zauważyła pewnego chłopaka zakradającego się od tyłu do pewnej kobiety. Chłopak miał krótkie włosy w fioletowym kolorze i szarą skórę. Wyglądał także jakby nie miał jednej ręki. W końcu złapał kobietę za kark i uśmiechnął się delikatnie wypowiadając pewne słowa. Słuch dziewczyny jednak wszystko usłyszał. Była to najzwyklejsza w świecie klątwa.
   Wilczyca(bo owa dziewczyna była właśnie wilkiem) zmarszczyła brwi i zacisnęła zęby. Jej wzrok był przepełniony nienawiścią widząc jak fioletowo-włosy puszcza szyję kobiety i szepce dumnie: "Teraz nikt nie będzie Ci w stanie pomóc... Za trzy dni zostaniesz potrącona przez pędząca ciężarówkę, a na Twój pogrzeb przybędzie tylko córka i mąż. Mam nadzieję, że mi potem podziękujesz...". Gdy to powiedział zniknął.
-Saba?- zapytała zdziwiona brunetka siedząca obok dziewczyny.
-Zaczekaj tu na mnie.- nakazała i zeskoczyła z wysokiej gałęzi na nieco niższą aż w końcu na ziemię i ruszyła za chłopakiem.
   Zobaczyła go nucącego jakąś piosenkę opierając się o wielki głaz. Podeszła do niego cicho i odezwała się zdenerwowana.
-Gnojku myślisz, że kim jesteś?- chłopak odwrócił się natychmiast.
-Człowiek...?- mruknął do siebie.
-Nie wiem czy twoje moce są tak słabe czy chodzi o twoje zmysły, ale naprawdę nie wyczułeś w pobliżu innego demona?- zapytała.
-O jakim demonie mówisz? Nic nie wyczuwam.- złapał ją za nadgarstek i spojrzał na jej rękę po czym przejechał po niej. Na skórze granatowowłosej pojawiły się nieznane jej znaki.
"In sensu compositionis iterum..."
Słowa te wypowiedział demon następnie uśmiechnął się. - Od teraz każdy mój ból; fizyczny jak i psychiczny będzie odczuwała podwójnie.- szepnął.
-Oh...- roześmiała się.- Jaja sobie ze mnie robisz śmieciu?- chłopak odskoczył na jeden z dachów domków za nim. Ta zaś skoczyła za nim i stanęła przed nim na czterech podchodząc bliżej.- Nie zadzieraj z wilkiem...- wysyczała i jednym, sprawnym ruchem zacisnęła dłonie na jego szyi dusząc go.- Klątwy są dla dzieci... A ja nie jestem nawet człowiekiem.- uśmiechnęła się i zacisnęła dłonie. Jej ręce do łokci stały się czarne, na ciele "wyrosły" czarne wzory, które wyglądały jak pędy kwiatów. Z jej łopatek wyrosły także przepiękne, czarne skrzydła splamione krwią a włosy stały się srebrno-niebieskie.
"Neferata ku satan du."
Wysyczała przez zęby a fioletowo-włosy znów rozpłynął się w powietrzu. - Tsk. Tchórz- warknęła i także zniknęła z pola widzenia pozostawiając po sobie tylko czarne pióra falujące w stronę jeziora i opadające delikatnie na taflę wody.
  

(12.02-13.02) Humor i Horror

  Zaczęło się tak, że nocowałam u siostry. Jej męża nie było więc byłam tylko ja, ona i jej córka. Po wstaniu na drugi dzień(oczywiście we śnie...) w jej pokoju stał ksiądz i święcił go, ja wstałam i zaczęłam się ubierać a ksiądz tego nie widział... Po jakimś czasie przyszła moja mama z bułkami:
-Mamo, to jedziemy do tego kina czy nie?
-No jedziemy.
-A Ania też jedzie?
Moja siostra się roześmiała i powiedziała:
-A kto was tam zawiezie?

  Cisza...
  Schodzimy na dół do jej samochodu i ja zamiast do samochodu to w stronę jeziora biegnę(obok mieszkania mojej siostry jest jezioro). I o dziwo byłam w stroju kąpielowym mimo, że wychodziłam w krótkich spodenkach i bluzce na ramiączkach...
  W końcu ja jestem już w wodzie i pływam jak syrenka... Przypadkiem dobijam do pewnego kolesia z deską surfingową i z (!) czepkiem kuchennym na głowie! Wynurzam się z wody i nagle mam długie, czarne włosy i kocie uszy i jeszcze dwukolorowe tęczówki. Pacze tak na gościa i w końcu pytam:
-Czy to możliwe, że jesteś Dake?- i taki zdziw.
On przytakuje i posyła mi uśmiech. Ja jak głupia rzucam się na niego i tulę.

  Dobra. Mija kilka minut, a my surfujemy po tym jeziorze, a fale przychodzą nie wiadomo skąd... Znowu przeskok akcji i jest pokazane jak rzucamy się (!) CYTRYNAMI. No nic cytryny jak śnieżki roztapiają się w wodzie... W końcu Dakota idzie po coś do sklepu a ja zostaję sama w gronie innych ludzi. Nagle rozlega się krzyk:
-DEMON DO CHOLERY WRACAJ TU TY GŁUPI PSIE!!
Ja tak się rozglądam, aż widzę, że prosto na mnie biegnie po wodzie, niczym Jezus czarny pies. Upadam do wody, której w tym miejscu było tylko po kolana... Potem do wody wchodzi ów jegomość w ciuchach, po prostu wlazł do wody w ciuchach i narzekał, że jego koszulka z logiem ulubionego zespołu jest cała mokra i klei się od soku z cytryn... Znowu pacze... A tu psa łapie Kstiel ze słodkiego flirtu(przedawkowałam grę...). Cały mokry a ja jeszcze się na niego rzucam, ten bezskutecznie próbuje mnie odepchnąć. No dobra... Pacze na psa, który zmienił się w chłopaka o długich, czarnych włosach,  psim ogonie i uszach... Był nagi... Ale stał już w wodzie... Rozkłada ręce i gada:
-NIE! To nie ja rzuciłem Natanielem na dach szkoły! Nie mam zamiaru iść do więzienia! I mówię jeszcze raz! TO NIE JA!!- i odbiega zmieniając się w pewnym momencie w smoka... Fala zmywa mnie i czerwonowłosego pod wodę, a Dake na tej fali surfuje...

  .KONIEC SNU NUMER 1.



 
  Jestem w jakimś dziwnym miejscu... Prawdopodobnie las, z niezliczoną liczbą drzew i krzewów, siedzę pod jednym z nich i przecieram oczy. Z jakiegoś powodu czuję straszny niepokój... Słyszę kroki. Podskakuję w miejscu. Zza jednego z drzew o grubym pniu wychodzi dziewczyna, ciemna blondynka z czarna, szeroką opaską. Podchodzi do mnie:
-Co ty tu jeszcze robisz Donia?
-Olka?- zdziw i wstaje.
-Pozostali czekają przy wieży, pospiesz się i chodź...- nakazuje a ja wstaję.

  No to idziemy... Przez całe plątaniny ścieżek i drug, nagle zza jednego z drzew wyjeżdżają goście na deskorolkach krzycząc i szczerząc się. Odskakujemy w porę, bo inaczej by nas stratowali...
  Idziemy dalej, w ciszy. Widać już wieżę. Była wysoka a ja czułam jeszcze większy niepokój. Ale idziemy dalej. Mijamy kapliczkę z zadbanych, czerwonych cegieł, ale nie posiadała charakterystycznego "niby krzyża". Rozglądam się i myślę "już gdzieś to widziałam...". Wieża jest wprost przed nami, strach się nasila. Znów się rozglądam i widzę (o boże...) Pinkie Pie... Obok niej stoi Twilight Sparkle, ale nie była fioletowa tylko biała.
-No co tak długo?!- wyskakuje z pytaniem Pinkie.
-Zgubiła się w lesie...- odpowiada Olka wskazując na mnie.
-IDIOTKA!- zaczyna Twilight.- Nie ma czasu na gubienie się w lesie! Az taki duży to on nie jest!(ta... to tylko ponad miliard hektarów, a może i więcej...).

  Patrzę na wieżę spuszczając kocie uszy ze strachu. Po chwili zrobiłam kilka głębszych wdechów i uspokajam się. Macham ogonem nerwowo po czym poprawiam zsuwające się z nosa okulary. Pinkie i Twilight zmieniają się w ludzi.
-Idziemy...- mówię stanowczo i ruszam w stronę wejścia do wieży.

  Znajdujemy się już w połowie wieży. Stop. Słyszę kroki, szybko kryjemy się za jeden z filarów. Słychać następującą rozmowę:
-Przychodzą tu praktycznie codziennie. Skąd pewność, że te dziewczyny odpuściły?
-W końcu kilka razy już je prawie mieliśmy. Nie narażałyby się na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

  Faceci przeszli nie zauważając nas. Poczekałyśmy jeszcze trochę, aż w końcu ruszyłyśmy dalej. Szczyt wieży. Mały pokoik, akurat odpowiedni dla jednej osoby z łóżkiem, dużą szafą, małym, okrągłym stolikiem, biurkiem, stołkiem i półtorametrowym oknem. Rozglądamy się. Z szafy nagle wychodzi Kinia słuchając muzyki. Podchodzę do okna i wyglądam przez nie. Widać miasto poza granicami lasu. Patrzę w dół, znów to uczucie niepokoju. Słychać kroki, szukamy wyjścia. Myślę "przez okno!", ale ono jest zbyt wysoko od ziemi. Olka podchodzi do drzwi.
-Odwrócę jego uwagę, a wy biegnijcie!- TRZASK! Otwarła drzwi prosto przed mężczyzna o długich, białych włosach, złotych, lekko żmijowatych oczach i ubraniu w stylu wiktoriańskim w kolorach biel i fiolet.
-SZYBKO!- krzyczy Olka a my jak szalone wybiegamy potrącając na schodach jakichś mężczyzn, prawdopodobnie eskorta białowłosego. Złotooki stoi przez chwilę bez ruchu, aż w końcu Olka odbiega tak samo jak my.
-Za nimi!- krzyknął. "Wojsko"- bo tak nazywali siebie mężczyźni- ruszyli za nami. Na daszku wejścia do wieży siedziała kolejna dziewczyna o granatowych włosach i wilczych "dodatkach", na jej głowie siedziała błękitna smoczyca, a obok szatynka, trochę młodsza, obok sztynki długowłosy blondyn z lisimi uszami.
-Widzisz? Tak właśnie wygląda cel- powiedziała spokojnie granatowowłosa wskazując na hologram wytwarzany przez telefon. Był to właśnie białowłosy. Potem kolejny hologram.
-A to?- zapytała szatynka.
-Jego siostra- dziewczyna na holograficznym obrazie miała równie długie, białe włosy, złote, żmijowate oczy a na sobie miała białą sukienkę, fioletowe bolerko z jaskółczym ogonem oraz długie za kolana, czarne buty na obcasie.

  Z wieży wybiegł białowłosy. Wilczyca wstała gwałtownie:
-UŁA!! WŁAŚNIE UCIEKA!- krzyknęła wskazując palcem na mężczyznę. Błękitna smoczyca podleciała do góry w końcu pochłonęło ją białe światło i zmieniła się w wielkiego smoka. Jej pióra nadal były błękitne, ale pojawiły się złote wzory na jej ciele. Ryknęła, a błękitnooka dziewczyna skoczyła na jej grzbiet. Ruszyły za nim drogą powietrzną. Szatynka i blondyn zmienili się w lisy i zeskoczyli z daszku biegnąc tropem złotookiego.

"Nazywa się Serzon, jest silnym czarnoksiężnikiem a także szefem niewielkiej grupy przestępczej."


  Biegłyśmy przez las ciągle oglądając się za siebie. Po ścieżkach nadal jeździli kolesie na deskorolkach.
-HAYAKU! HAYAKU!- krzyczałam do dziewczyn.

  Potem razem z dziewczynami zatrzymałyśmy się przed masywną bramą.
-Szefie. Pięć sztuk, co z nimi zrobić?- rozległo się pytanie. Uniosłam głowę. Na jednej z gałęzi drzewa kucał brunet z telefonem przy uchu i uśmiechem. Rozłączył się i zeskoczył.
-Ręce za głowę i pod bramę Panienki...- powiedział wyciągając zza paska spluwę. Stanął za mną i poczułam przystawiana do tyłu głowy lufę.
-Pomyślcie życzenie...- Strzał.

"OBUDŹ SIĘ! OBUDŹ SIĘ! OBUDŹ SIĘ!!"

.KONIEC SNU NUMER 2.



 I w tym momencie się obudziłam... Z cholernie szybkim tętnem, normalnie słyszałam jak serce wali mi jak oszalałe... Do tego była świadoma tego, iż śnię. Szczególnie przy końcówce, ale za nic nie mogę się pozbyć uczucia bólu w tyle głowy i jeszcze się lekko trzęsę... Masakra normalnie... To pierwszy taki sen... Chociaż nie, bo śnił mi się kilka razy, ale zawsze w momencie wchodzenia do wieży się budziłam, albo najpierw modliłam się do tej kapliczki i odchodziłam na marmurowe fontanny, takie marmurowe schody po których spływała woda, coś takiego bodajże w Sosnowcu jest. Czułam ten niepokój, ale nie było to straszne, po przebudzeniu też jeszcze czułam niepokój, ale mi już przechodzi... Jak przypomnę sobie poprzednie wersje tego snu to też napiszę. Było też coś z tym, że w tej kapliczce jakiś bożek był i trzeba było przejść prze wycieraczkę, aby można było z nim porozmawiać, i wersja z festynem tegoż to bożka. Kilka ich było i za każdym razem jakby kolejna i kolejna część snu się odkrywała...

A ja muszę ograniczyć słodki flirt, bo już mi się śni (._.)'