"Czasami widzimy we śnie coś, czego nigdy nie widzieliśmy, ani o czym nie słyszeliśmy w tym życiu, ale wszystkich tych incydentów doświadczyliśmy w różnym czasie, w różnych miejscach i w różnych okolicznościach".

poniedziałek, 30 grudnia 2013

(30.12) - "Ty nie zabijesz 60 000 ludzi..."

Z perspektywy 3 os.
Forma opowiadania.

   Dziewczyna właśnie wychodziła ze szkoły po udanym przyjęciu pożegnalnym, ubrana była w czarną sukienkę, ocieplaną narzutkę oraz bordowe buty na koturnie. Z uśmiechem pożegnała się ostatni raz i zaczęła ślizgać się jak na łyżwach po śniegu. Po drodze spotkała dwie dziewczyny- swoje przyjaciółki uśmiechnęły się smutno i pomachały jej.
   Kilka tygodni później w wiadomościach słychać następujące ogłoszenie oraz apel do mieszkańców niewielkiego miasteczka:
Chwilę przed rozpoczęciem naszego programu policja odnalazła w pobliskim jeziorze zamarznięte zwłoki chłopca w wieku gimnazjalnym. Okazało się, iż został zabity poprzez dwa pchnięcia nożem w okolicach płuc oraz uderzenie w tył głowy twardym narzędziem. Zwłoki- jak wynika z opinii lekarza oraz byłego śledczego, leżały w wodzie od trzech dni. 
Chłopiec ubrany był z niewiadomego powodu w czarną sukienkę, narzutę, rajstopy w pasy oraz bordowe buty za kostkę.

Prosimy pozostać w domach. Prawdopodobnie powtórzy się zdarzenie sprzed sześciu lat. 
Powtarzam! Prosimy  pozostać w domach i pod żadnym pozorem nie wychodzić!

   Rok później, to samo niewielkie miasteczko. Przez ulicę kroczy z założonymi za plecy rękami chłopak i rozgląda się ciekawy. Delikatny uśmiech znika z jego ust, wzdycha i wkłada dłonie do kieszeni, jednak szybko zmienia zdanie znów zakładając je za plecy. Przechodząc przez jedną z węższych uliczek podlatuje do niego czarny motyl z fioletowymi i niebieskimi wzorami promieniującymi delikatnym światłem na skrzydłach. Wygląda to tak, jakby owad przyglądał mu się... Po kilku sekundach wzory ze skrzydeł motyla powoli przestają się świecić a sam owad rozsypuje się, jego prochy porywa wiatr. Światło ze skrzydeł oczywiście jak zwykle wręcz "wchodzi" w narzutę chłopaka. On patrzy na to smutnie na następnie unosi ręce po czym sam zaczyna się unosić. Chwilę zajmuje mu uniesienie się na wysokość pobliskiego domku jednorodzinnego z którego okien spogląda na niego kilka, jak nie kilkanaście par czerwonych oczu. Delikatnie ląduje na szczycie dachu i kieruje wzrok w stronę wschodzącego słońca...
   Przemierzając leniwie pozostałe dachy nuci spokojną melodię. Mimo glanów, które miał na sobie stąpał po dachach zadziwiająco cicho... Zatrzymał się przed zniszczonym, żółtym murem więziennym. Zrobił krok w tył i znów uniósł się stając na zniszczonej części muru. Przyglądał się z obrzydzeniem na więźniów pilnowanych przez policjantów. Kolejna dziura w murze, znów lekki skok... I tak kilka razy dopóki nie zatrzymał się na płocie okrążającym kolejny z domków. Zatrzymał go wysoki mężczyzna ze spluwą w dłoni skierowaną na niego.
-Mamy nie wyrównane rachunki- powiedział naciskając na spust. Chłopak spojrzał na niego z góry a kula odbiła się od niewidzialnej ściany. Mężczyzna prychnął i wystrzelił ponownie. Tym razem kula nie trafiła w ogóle ponieważ brunet stał na mężczyzną z uniesioną na wysokości jego głowy dłonią. Otworzył usta delikatnie i wydał z siebie cichą melodię prawie niesłyszalną, po chwili jednak dźwięk ten zaczął stawać się coraz niższy a także zdawał się zanikać z każdą sekundą ponieważ dźwięki osiągały coraz to wyższą częstotliwość.
-Przestań...!- warknął mężczyzna.- Proszę cię... Wybacz mi... Przestań... Przestań!!- krzyknął po czym z jego ust obficie wypłynęła krew. Mężczyzna padł na ziemię a chłopak po prostu odszedł.
   Sytuacja kilka razy się powtórzyła.
-To nie tak, że chcę zabijać...- mamrotał przechodząc obok kilku facetów leżących na ziemi i wykrwawiających się. Obok nich leżały bronie.- ... To po prostu mechanizm obronny...- dodał równie mamrotem.

   Sen powoli się kończy chłopak idzie znów po dachach "zbierając" motyle. Widzi ciemne niebo, które z niebieskiego przechodzi w żółty a potem zgniły zielony, oraz widzi stary dom, który budzi niepokój. Oddala się od niego i nagle napadają go czterej faceci. W dłoniach mają kije baseballowe chłopak próbuj unieść się jak najwyżej, ale jak na złość "energia" narzuty się kończy i ten zostaje zabity.

   Jeszcze chwilę potem pokazuje się duże pomieszczenie z wielkim stołem przy którym siedzi grono mężczyzn, na stole położone jest płótno z podobiznami ich samych oraz chłopaka. Jest to ukazane w kręgu, a w sumie spirali. Na samym jej końcu jest ten najsilniejszy i najbardziej niebezpieczny a w środku ten najsłabszy.
Najwyższy z mężczyzn zaczął:
-To ja powinienem się tym zająć! W końcu jestem synem śmieci!
-Przestań pieprzyć!- odkrzyknął mężczyzna w białej szacie.- Prędzej umrzesz niż cokolwiek z tym zrobisz...
-Oboje się przymknijcie! Koszmar.- spojrzał na nieco niższego, ubranego na czarno mężczyznę.
-Nawet ja tego nie zrobię. W swojej "karierze" nigdy nie udało mi się zabić tylu ludzi...
-Coś powiedział?! Jestem najsilniejszy z was!- krzyknął ten wysoki.
-Nawet ty nie zdołałeś zabić 60 000 ludzi...- mówiąc to placem dotknął podobizny chłopaka znajdującego się na końcu spirali.- On jedyny jest jego synem...
   Na końcu sali pojawiło się coś o zbliżonym do człowieka wyglądzie. Miało długie rogi oraz czerwone oczy jak i kilkadziesiąt oczu na swoim ciele. Głowa postaci zdawała się unosić, a czerwone części promieniały. Długa peleryna zmieniała się w cienie i falowała ku górze.

Sen się kończy.


czwartek, 28 listopada 2013

(27.11-28.11) - Strażniczka przyszłości?; Sen, który już kiedyś się śnił.



Strażniczka przyszłości?

   Sen z perspektywy trzeciej osoby. Widzę siebie, mam na sobie białą, zwiewną spódniczkę oraz białą bluzkę, na ramionach mam pelerynę(?) w aksamitnym kolorze z ładnym, wyszywanym brązową nitką wzorem. Idę przez ciemną ulicę po drodze spotykam swoją nauczycielkę plastyki i pytam, która godzina, ona odpowiada, że 1:53. Jestem zdziwiona lecz idę dalej tym razem chodnikiem. Na swojej drodze spotykam bandziorów, którzy mają zamiar mnie napaść. Uśmiecham się delikatnie i mijam ich znikając a następnie pojawiając się na dachu budynku przy, którym bandziory zostają i rozglądają się za mną.
   Nagła zmiana akcji. Znów idę chodnikiem, ale w jakimś innym mieście. Spotykam
mężczyznę, który na rękach trzyma białego kotka. Mężczyzna płaczę, a kot wtula się w niego. Zatrzymuję się. O dziwo mężczyzna ten widzi mnie, a naokoło mnie widać delikatną, białą poświatę.
-Czemu płaczesz?- pytam jak małe dziecko.
-Moja żona zmarła...- mówi.
-A ten kot?
-Znalazłem go. Teraz mam tylko jego...
-Hej,wypuść go.- mówię spokojnie.
-Czemu?- patrzy na mnie ze łzami w oczach.
-Jest młody. Jeżeli teraz go wypuścisz, dorośnie i założy rodzinę. No i pomyśl, może razem z innymi kotami stworzą nowe państwo!- mówię energicznie.
-Hę? Państwo stworzone przez koty?- roześmiał się.
-A czemu nie?- uśmiecham się.- Będzie to dobre rozwiązanie. Ludzie, którzy z ciekawości będą tam podróżować zostaną tam. Każdy ze swoim własnym kotem! Nie będzie tam też władzy czy pieniędzy, będą wymieniać się przedmiotami jak w grach RPG. Lepsze to niż teraźniejszy świat!- znów się uśmiecham i wstaje, mężczyzna wypuszcza kota, który zdaje się uśmiechać do mnie. W mojej dłoni pojawia się biało-złota laska. Jej końcem dotykam czoła mężczyzny i wypowiadam delikatnie: "Nie czas na łzy i smutek... Spójrz w niebo, każda z tych gwiazd dotrwała swej przyszłości, za kilkaset tysięcy lat większość z nich zniknie pozostawiając po sobie gwiezdny pył... Tak samo jest z tobą. Za parę lat umrzesz tak jak każdy z was. Do tego czasu ciesz się wspaniałym życiem i zacznij wszystko od nowa. Pozwól abym mogła cię obserwować... A teraz do zobaczenia wkrótce..." Po tym zniknęłam a on zdziwił się wiedząc, że jeszcze chwilę temu z kimś rozmawiał.
   Tym razem idę przez ciemną ulicę. Słucham muzyki śpiewając jedną z piosenek, mijam tira oraz pewnego mężczyznę ubranego w garnitur, uśmiecha się jakby chciał powiedzieć "Dobra robota". Idąc tą właśnie ulicą zaczynam delikatnie machać peleryną jak skrzydłami przez co zaczynam się unosić.
   Teraz idę przez jakieś pustkowie i myślę sobie "To miejsce nie ma przyszłości..." ze smutkiem spuszczam głowę i znów zaczynam machać peleryną. Unoszę się wysoko i nagle jak na złość musiałam sobie uświadomić to, że śnię... Zaczynam lecieć coraz to niżej, aż w końcu jestem metr nad ziemią. Zrezygnowana staję na nogi i idę dalej. Widzę podejrzanego mężczyznę i jak najszybciej chcę dostać się na jeden z budynków wspinając się po rynnie. Niestety, jestem zbyt wolna. Mężczyzna łapię mnie za kostkę, ja odwracam głowę, na jego twarzy pojawia się przerażający uśmiech. Budzę się.

Po obudzeniu musiałam iść napić się mleka, aby się uspokoić.
Ale teraz pytanie: Dlaczego po uświadomieniu sobie, że śnię nagle zaczynam lecieć niżej? Jest tak za każdym razem :c

Nasza sekretna baza...

   Sen zaczyna się od wyjścia z pewnego budynku. Znów perspektywa trzeciej osoby. Znajduję się w znajomym mi miejscu, piękne drzewa, krzewy, a nawet budynki. Jest lato. Na mojej drodze spotykam jakiegoś chłopaka, którego nie znam. Razem ze mną jest także jakaś dziewczyna(niestety nie potrafię jej rozpoznać, ale czuję, że jest moją przyjaciółką). Chłopak chce nas stamtąd pogonić, jednak stawiamy na swoim i idziemy pozwiedzać.
   Przechodzimy przez aleję drzew kasztanowych. Przepiękne kolorowe kwiaty sprawiały, że zaczynam czuć nostalgię. Chłopak w końcu zatrzymuje się.
-Pokarzę wam!- krzyknął z uśmiechem.
-C-Co?- pytam.
-Moją tajną bazę!- dodaje energicznie i zaczyna biec przez aleję my biegniemy za nim, zaczyna wiać delikatny, ciepły wiatr.W końcu znajdujemy się przed zwyczajnymi krzewami. Ja zatrzymuję się. "Pamiętam..." mówię w myślach. "Pamiętam tę bazę..." w oczach stają mi łzy, zaczyna lecieć nostalgiczna melodia, słychać tylko ją i wiatr. Idę dalej i wyprzedzam chłopaka. Przede mną pojawia się droga pokryta drobnymi, białymi kwiatami, które nawet kiedy je nadepnęłam podnoszą się znowu. Biegnę przez korytarz i w końcu staję na środku pokoju z krzewów i kwiatów. Podchodzę wolnym krokiem do balkonu i patrzę na przepiękny krajobraz, w tle góry, trochę bliżej wyżyny zapełnione polami a na pierwszym planie wspomniane już drzewa kasztanowe. Z zdumieniem obserwuje cały widok i zaczynam płakać.
-Tak nostalgicznie... To już kiedyś mi się śniło... Dawno, dawno temu...- wymawiam półszeptem. Chłopak patrzy na mnie aż w końcu krzyczy.
-Beatrice idzie!- na te słowa zareagowałam tak jak dawniej. Wszyscy wybiegliśmy, a baza została zniszczona.
-Czemu... Czemu to znowu się stało?! Czemu ona tak bardzo tego nienawidzi?! Jest tak samo jak kiedyś...! Tak samo...- jęknęłam i obudziłam się.

sobota, 19 października 2013

(03.03-04.03)- Za Abrafan!

   


   To było tak. Do takiej jaskini wszedł chłopak, najprawdopodobniej​ej był to wojownik... Ta jaskini okazała się być "domem" krasnoludów i troli i miała kilka poziomów, przy czym w najniższym był smok. Potem ten chłopak został pojmany przez krasnoludy i wciśnięty do celi. Siedział tam dość długo i jak patrzył w przestrzeń jaskini to widział huśtające się przez wiatr bronie- miecze, maczugi itd.. W końcu jakoś się stamtąd wydostał bo ci mieszkańcy wyruszyli na wojnę czy coś. Przeszukał wszystkie "pokoje" i ze znalezionych materiałów zrobił "skrzydła". Dokładnie ze skóry i badyli. Przeczepił te skrzydła do kolan i zeskoczył i zaczął nimi machać... Na jego nieszczęście w tym momencie smok się przebudził i wystrzelił z przepaści w gorę. Chłopak prawie oberwał kulą ognia, ale w końcu się wydostał, a smok wrócił do swojego miejsca.
 
[Tutaj nie pamiętam...]

Druga cześć snu:
   Była wiosna i odbywał się wielki bal w jednym z zamczysk. Młoda dziewczyna w białej, jakby poszarpanej​ sukni została pojmana prze krasnoludy. Była ich zakładniczką na tym balu. Mijały godziny aż w końcu udało jej się wyrwać bandzie zbirów i ruszyła na najwyższe piętro zamczyska. Tam spotkała kota podobnego do tego z Alicji w Krainie Czarów tylko, że ten z mojego snu był biało-czarny, i nie szczerzył zębów. Wyglądał jak typowy kot jednak po pewnym dialogu ujawnił swoją prawdziwą postać:
-Jesteś bardzo uroczy...- skomentowała dziewczyna.
-Jestem NekoDragon(lol xD)... Jest coś co mógłbym dla ciebie zrobić?
-A co możesz?
-Mogę cię zabrać na drugi koniec zamku...
-Ale... jak?
W tym momencie kotek stał się wielki, jego ciało się wydłużyło, wyrosły mu krótkie rogi i usiadł przed nią.
-Wejdź na mój grzbiet, a zabiorę cię stąd.
No i ona wskoczyła na jego grzbiet i ten kot odleciał powoli na drugi koniec zamku. tam krasnoludy się zorientowały, że Leiya(bo tak się ona nazywała) zniknęła, więc wpadły w furię i zrobiły rzeźnię z balu szukając jej.

   No dobra... Ona zsiada z kota i idzie gdzieś, niebo jest pokryte pięknymi gwiazdami i widać na nim sylwetkę CZEGOŚ. Nagle nad jej głową przelatuje majestatyczny, czarny smok.
-Aigo!- krzyknęła.- Aigo, dobrze cię widzieć!
Smok zleciał obok niej i stanął, ona pogłaskała go po szyi i przytuliła<?>. Leiya wsiada na smoka i odlatuje na nim.
Potem wraca... krasnoludy chcą zabić smoka, którym jest ten sam co zaatakował tego wojownika. Niestety zostają spaleni na popiół.
Kilka tyg. później krasnoludy atakują królestwo Leiyi bo ona okazuje się być księżniczką... No dobra, jest polana, kilka miliardów krasnoludów przeciwko jednej dziewczynie, kocie i smoku. Rozpoczyna się wojna. Krasnoludy zostają zniszczeni co do jednego, wtedy księżniczka schodzi ze smoka i staje na wzgórzu i mówi:
-Ja księżniczka Leiya z rodu pogromców, przejmuje te tereny razem ze wszystkimi ich skarbami! Od teraz nikt nie ma prawa mi się sprzeciwić, nawet król i królowa tego kraju! na mocy prawa nadanego mi przez matkę- unosi miecz.- Mianuje siebie królową całego Abrafanu! Czcijcie mnie a ja sprowadzę na was dobrobyt, klęski żywiołowe się już nie pojawią, zwierzyna będzie zdrowa. Za Abrafan!- krzyknęła i w tym momencie jest takie oddalenie kamery i "objazd" wokół księżniczki i smoka. Miecz lśni w blasku słońca a za nią kilka milionów zwłok krasnoludów.

piątek, 4 października 2013

(04.09-05.09) - Spinki

   Jestem w odnowionym zamku z Amnezja: mroczny Obłęd. Kilka skrzydeł jest w remoncie, ja zwiedzam
pokój, w którym mam od dzisiaj mieszkać z kilkoma innymi osobami. Czas mija dość szybko, do pokoju wchodzi dwóch wysokich chłopców i trzy dziewczyny oraz jedna kobieta z córką.

[Przeskok w czasie]

   Ślady krwi prowadziły od salonu do sypialni właściciela zamku. Na dworze spotykam kobietę, która zaczyna uciekać, wołam ją, ona nie reaguje. W końcu zamyka się w domku wczasowym i patrzy na mnie przerażona. Ja uśmiechnęłam się do niej. Kobieta wystraszyła się jeszcze bardziej.
-Wiesz... Twoje spinki są naprawdę przepiękne.- dalej się uśmiechałam, a ona uspokoiła się.- Ale to nie powód, by ją zabijać...- powiedziałam spokojnie.
    Ona wystraszyła się po czym rozpłakała i wyszła oddając się w ręce policji.


-END-

sobota, 7 września 2013

(07.09-08.09) - Po prostu sen... Najzwyklejszy sen :) I przytulanie

   Sen który, zaraz po zaśnięciu sobie uświadomiłam :)


   Stałam na jakimś pustkowiu, jednak nie takim całkowitym pustkowiu... Było tam pełno naturalnych basenów, które były dużymi dziurami w ziemi. Stojąc nad jednym takim "basenem" spotkałam pewną lolitkę ubraną na biało. Przez chwilę się jej przyglądałam po czym "zaskoczyłam" gdzie jestem.
-ZARAZ! To jest sen przecież! Pamiętam cię, wcześniej też się tutaj spotkałyśmy!- krzyknęłam, a dziewczyna uśmiechnęła się miło.- A skoro to sen...- mruknęłam do siebie i zaczęłam biec w stronę jednego z "basenów". Tak jak przypuszczałam był tam Ryohei(Katekyo Hitman Reborn), spotkałam... Nie. Widziałam go w tym samym miejscu z perspektywy drugiej osoby kilka miesięcy temu kiedy wrzucił moją OC(Satanae) do wody, a potem ona pociągnęła go za sobą i się śmiali. Gdy do niego podeszłam on miał zamiar wejść do wody, ale się powstrzymał i podszedł do mnie i przytulił :)
   Potem o czymś rozmawialiśmy, nie pamiętam już o czym. Poszliśmy do samotnego domu stojącego trochę bardziej w głąb lasku, który był na terenie pustkowia. Gdy byliśmy już przy drzwiach z domu wyszedł dość wysoki brunet, był to Yamamoto jak dobrze pamiętam(On także jest z KHR) stał przed nami jak wryty, a następnie rzucił mi się na szyję z szerokim uśmiechem(także mnie przytulił ;)). Nic nie mówił po protu mnie tulił a ja powoli zalewałam się łzami.
-OI! Wiesz dobrze, że nie możemy zostawiać tak długo otwartych drzwi!- usłyszałam z domu po czym na "ganek" wyszedł szaro włosy chłopak i zamilknął.
-Gokudera...!- krzyknęłam i gdy brunet mnie już puścił rzuciłam się w ramiona zielonookiego.(W tym śnie jest duuuużo przytulania :3). Ten najpierw nie wiedział o co chodzi, ale potem zalał się łzami i mooocno mnie przytulił przy czym złapał coś co "wyrastało" mi z głowy(sądzę, że były to uszy. Była to perspektywa pierwszej osoby). Położyłam  dłoń na jego włosach i odetchnęłam.
-Idiotka! Wszyscy się o ciebie martwili! Gdzieś ty była przez ten czas?!- warknął na mnie.
-Podróżowałam...- mruknęłam tylko po czym go odepchnęłam lekko.- Właśnie! Gdzie Kyo-chan?!- zaczęłam się rozglądać (Teraz dopiero doszło do mnie, że "Kyo-chan" na Kyouye mówi TYLKO moja OCka- Satanae. Prawdopodobnie to nią byłam).
-Prawdopodobnie jest gdzieś i trenuje...- mruknął brunet.

Przeskok w czasie.

   Jesteśmy teraz praktycznie wszyscy w jednym "nawiedzonym" domu stojącym niedaleko. Fuuta(KHR) stoi za mną wystraszony. Odzywa się Yamamoto:
-Ale będzie dużo jump scarów- zaśmiał się i poszliśmy w głąb domu. Ciemno, niczego nie widać, mamy do dyspozycji tylko i wyłącznie ledwo palącą się świeczkę. Ktoś do nas dopija. Mój pisk. Podnoszę wzrok przerażona i tą osobą okazuje się być Hitsugaya z Bleacha! Znów nagły przeskok jesteśmy ponownie w domu. Siedzimy przy wielkim stole i zaczynamy jeść. Po obiedzie wychodzę się przejść z Gokuderą i spotykamy Haru, znowu ktoś mnie przytula- Haru. Zaczynamy rozmowę a gdy już ją kończymy Haru odchodzi w stoją stronę, a my w swoją.

Przeskok.

Jest grubo po 21 ja zbieram się by odejść. Robię to niechętnie, ale muszę(nie wiem czemu). Gdy chcę się wyrwać po kryjomu zatrzymuje mnie Gokudera.
-Dokąd się wybierasz?- patrzy na mnie z wyrzutami. Był zły.
-Chciałabym zostać, ale nie mogę... Przepraszam... Ja... Dawno już nie przebywałam z rodziną(tu: mafia)- spojrzałam mówiąc to na witrażowe okno.- Widzisz, uświadomiłam sobie, że nieważne co robię potem cierpię- zaśmiałam się krótko powstrzymując łzy.
-Więc masz zamiar zostawić nas na kolejne kilka lat tak? Czy już nie wrócisz?
-Oczywiście, że nie(tutaj widok z "kamery" skierowany na mnie- jak się okazuje, jestem moją OC)- uśmiechnęłam się.- Niedługo znów wpadnę, nie martw się.
-Obiecujesz?- podszedł bliżej i wystawił w moją stronę rękę z podniesionym tylko małym palcem(nie wiem  jak to napisać, wybaczcie...). Patrzyłam na niego chwilę zdziwiona i ponownie się uśmiechnęłam.
-Obiecuję...- zamknęłam oczy i wykonaliśmy obietnicę małego palca(przepraszam, znowu nie wiem jak to napisać). Gdy już było "po wszystkim" pomachałam jeszcze i odeszłam.- No i nie spotkałam Kyo-chana- westchnęłam wycierając łzy.
-Masz tu przyjść na święta cholerny psie!- krzyknął jeszcze szaro włosy uśmiechając się. Odchodząc spojrzałam przez ramię na chłopaka i uśmiechnęłam się.

***
Ten sen stał się jednym z moich ulubionych, przez chwilę miałam tak, że sen mieszał się z rzeczywistością i słyszałam szlochanie. Nie wiem czy to w mojej głowie czy w rzeczywistości. W każdym razie to był drugi z tych bardziej wzruszających snów, których miałam jak na razie tylko 2 :) Postacie pochodzą z anime i mangi Kateikyoushi Hitman Reborn! i oczywiście Hitsugaya jest z Blecha. Niedługo dodam następną notkę :)

środa, 21 sierpnia 2013

(20.08-21.08)- Zawody i Pociąg

  
 Granatowowłosa pierwszy raz jest w takim miejscu. Co z tego, że blondyn wcześniej powiedział jej o co mniej/więcej chodzi. W miejscu, w którym wcześniej była było także tyle osób. Od najzwyklejszych ludzi do bogów w ludzkiej postaci. Ostatnim razem odprowadzała tu blondyna kiedy ten brał udział w tych zawodach. Wielka można nazwać to miejsce willa, w której było wiele pomieszczeń tworzących labirynt. W końcu pozwolili wejść wszystkim 65 graczom. Granatowowłosa znalazła się na prowadzeniu zaraz przy wejściu, nic dziwnego, przecież jest szybsza i silniejsza od jakiegoś tam człowieka.
   Zatrzymali się. Dziewczyna przyglądała się mężczyźnie, który trzymał coś w dłoni.
-Zabawę czas zacząć!- krzyknął i wszyscy ruszyli na czerwone "płótno".
  
   Po dwóch godzinach bez przeszkód na drodze niebieskookiej stanęli dwa mężczyźni. Cmoknęła z irytacja i sięgnęła po spluwy umieszczone za paskiem spódniczki. Spluwy zmieniły się w dwie katany i kilkoma zwinnymi ruchami uszkodziła tamtych dwóch do tego stopnia, że nie mogli się już ruszać.
   Po tych dwóch, marnych godzinach zostało tylko 27 osób- ci "nieludzie".
   W końcu dotarła do tunelu pełnego srebrnych talarów. Uśmiechnęła się, była już coraz bliżej zwycięstwa. Jednym z zadań było zdobycie srebrnego klucza do drzwi wyjściowych. Blondyn miał rację- struktura budynku była inna... Pojawiło się więcej pomieszczeń, pułapek i innych rzeczy. Jak mówił "Co roku zmienia się całkowicie. Dwa lata temu były drewniane łamigłówki-pułapki, jeżeli ktoś wybrał złą drogę zapadał się i automatycznie opuszczał zawody.". W tym roku było więcej pułapek i labiryntów. Na szczęście nos dziewczyny umiał wyczuć niebezpieczeństwo. Zmieniła się w wilka i ruszyła do przodu wybierając odpowiednią drogę. Znalazła klucz i strażnika, którym okazał się być... kot. Przegoniła go warcząc i znów odmieniła się w ludzką postać, zabrała klucz i wyszła z tunelu.
   Otworzyła masywne drzwi wyjściowe i opuściło tamto miejsce w czasie tylko 6 godzin. Pozostali jak zwykle zostali zamknięci w willi i nie mogli wyjść, aż do następnego świtu. Odeszła uśmiechając się po czym nastąpił silny wybuch. Willa wyleciała w powietrze. Dziewczyna uśmiechnęła się psychopatycznie a następnie roześmiała jak wariatka. Uspokoiła się i odeszła jakby nigdy nic zostawiając za sobą gruz i zwłoki.
***

   Jestem w jakimś nieznanym mieście, pytam ludzi o drogę do Wrocławia(...). Nikt oczywiście nie wie. Spotykam jakąś staruszkę mówi mi, że mam iść na pociąg. Idę na pociąg, ktoś mi tłumaczy, ze to nie jest taki zwykły pociąg. W końcu przyjeżdża wchodzę do środka nikogo na pierwszy rzut oka nie ma.

   Trochę później zasnęłam odezwała się do mnie jakaś dziewczyna siedząca obok.
-Hej, gdzie jedziesz?- zapytała szeptem.
-Wrocław, chyba...- odpowiedziałam także szeptem, nagle do przedziału wszedł jakiś facet ubrany na czarno i rozejrzał się. My znów zakryliśmy się kołdrami i udawaliśmy, ze śpimy. Facet odszedł. 
-Jedziesz z nami pierwszy raz prawda?- zapytała znowu.
-Tak- znów ten sam facet teraz podszedł jednak do nas i zobaczył czy śpimy chyba coś wyczuł, bo podszedł do wielkiej maszyny z głośnikami. Naraz słyszymy piosenkę rockową puszczaną na fula. Ja podrywam się z miejsca i krzyczę "Jezus, Maria! Co do cholery?!". Do przedziału weszła jakaś kobieta i podeszła do mnie i tej dziewczyny.
-Wstańcie- powiedziała, a raczej rozkazała nam. Zrobiliśmy to. Pociąg się zatrzymał, a my musieliśmy wyjść, był to środek jakiegoś lasu.
-To nie tak! To on zaczął ze mną rozmowę i zagroził, że jeżeli pójdę spać to mnie zabije!- wyjęczała.
-To prawda?- spojrzała na mnie kobieta.
-Oczywiście, że nie! Ona pierwsza zapytała mnie gdzie jadę więc odpowiedziałem, tyle.- skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
-Nie ważne. Sami znajdziecie drogę. Nigdy już nie ważcie się korzystać z naszych linii.- warknęła i weszła z powrotem do pociągu a ten odjechał.

   Kilka godzin błąkaliśmy się po tym lesie szukając czegoś do jedzenia. Ja zbierałam wielkie brzoskwinie rosnące na chyba krzakach. Dziewczyna zniknęła z pola widzenia.
-Rikka jesteś tu gdzieś?- zawołałam.
-Jestem tutaj Miki-kun!- odezwała się. Najwyraźniej z czegoś się cieszyła.
   Ruszyłam w jej stronę i zobaczyłam jak rozmawia z jakimś ptakiem wyglądającym jak krzyżówka sokoła i jeżyka(ptak). Ptak po między odpowiedziami karmił młode.
-Więc też nie wiesz jak się stąd wydostać?- powiedziała już trochę smutniej.
-Niestety. Nie mogę polecieć wyżej niż te kilkanaście metrów. Wybacz...- odpowiedział ptak i zleciał dziewczynie na ramię, młode w dziupli zasnęły, a ja wpatrywałam się w ptaka.
-Ach... Proszę, spróbuj- powiedziałam wyciągając w stronę ptaka kawałek arbuza, którego także znalazłam na krzakach. Ptak zabrał w dziób czerwony miąższ i od razu go wypluł.
-Ohyda! Chcesz mnie otruć człowieku?!- krzyknął a z dziupli za dziewczyną wyleciało kilka dorosłych już ptaków.
   Zaśmialiśmy się równo i poszliśmy w głąb lasu. Trzymałam w dłoniach siatkę z brzoskwiniami.
-Czemu cię tak potraktowała, skoro jesteś jej córką?- zapytałam patrząc na szatynkę.
-Nie jestem jej biologiczna córką, ona mnie nienawidzi- zaśmiała się.- Widzisz ona jest teraz żoną mojego taty, ale on zniknął...- posmyrała sokoło-jeżyka pod "bodą".
-Rozumiem. Może gdzieś usiądziemy i zjemy? Zgłodniałem- Rikka przytaknęła i usiedliśmy na jednym z obalonych Pniów. Zaczęliśmy ucztę z brzoskwiń i arbuza. Gdy już pojedliśmy, odpoczęliśmy trochę i znów ruszyliśmy przed siebie.
-Mam nadzieję, że stąd wkrótce wyjdziemy...- powiedziałam patrząc na korony drzew nad nami. Po chwili znikąd pojawiła się znowu ta kobieta.
-Dostałam rozkaz z biura aby dać wam drogę.- burknęła najwyraźniej niezadowolona. Przed nami pojawiły się niebieskie płaszczyzny, stworzone tylko i wyłącznie ze światła.- Kiedy kazałam wam wtedy wyjść specjalnie podstawiłam tego ptaka abyście mieli co jeść, ale ten niestety znalazł jakieś opuszczone gniazdo i zaczął wychowywać pisklęta. Żadnego pożytku. Proszę, możecie iść- wskazała na drogę.- Idąc tym szlakiem powinniście wyjść z lasu. Żegnam.- zniknęła, a my na siebie spojrzeliśmy.
-Ty też możesz z nami iść- powiedziała Rikka patrząc na ptaka siedzącego jej na ramieniu.
-Z chęcią opuszczę to miejsce.
-Miki-kun chodźmy- uśmiechnęła się do mnie. Oboje zaczęliśmy iść powoli po niebieskich płaszczyznach. Wyszliśmy z lasu i...
***
 No właśnie i nic... Sen mi się urwał, bo papuga zaczęła przekrzykiwać mojego kota... Ale był fajny sen :D

sobota, 17 sierpnia 2013

(16.08-17.08)- Motyl, wampir i pies.(trzy sny)

   Sen nr 1

 

   Razem z klasą(powiedzmy, nie wiem czy to była moja klasa) mieliśmy wycieczkę do jakiegoś miasta. Zatrzymaliśmy się przy jakimś starym budynku, który znajdował się jakby w parku Mysłowickim(miasto, w którym mieszkam). "Wychowawczyni" kazała nam teraz robić co chcemy. Wszyscy się rozeszli a ja poszłam usiąść na jednej z drewnianych ławek. Nagle przed moimi oczami przeleciało coś wielkiego... Zerwałam się i ruszyłam za tym.
   Trzy ławki dalej, siedziały na niej wielkie motyle. Były jak moja dłoń, jeden był całkowicie czarny, następny jaskrawo błękitny(patrząc na niego poczułam strach), a jeszcze jeden był czarno-czerwony, tzn. górne skrzydła były czarno-białe, a dolne krwisto czerwone. Był chyba najładniejszy z nich... Patrzyłam tak na nie w ciszy, aż w końcu ten czarny usiadł mi na ręce, a pozostałe dwa odleciały. Wtedy spojrzałam na trasę, którą lecą i ujrzałam tęczę. Wtedy byłam tylko ja- pozostali znikli... No i sen się urywa, a ja przenoszę się w jakieś nieznane miejsce.

Sen nr 2


   Teraz jestem na polu. Wokół las i domki jednorodzinne- wyglądały na opuszczone. Podbiega do mnie mój tato i ciągnie mnie gdzieś. 
   Przenosimy się do jakiegoś domu. On zaczyna o czymś mówić( niestety nie pamiętam o czym). Jeszcze później dowiaduje się chyba od samej siebie, że on jest wampirem więc gdy tato się kładzie spać ja uciekam z domku i biegnę przez te pola jak idiotka. I w tym momencie zmieniam się w... chłopaka. Wysokiego bruneta. Zatrzymuję się znowu w innym miejscu.

Sen nr 3


   Jestem w(prawdopodobnie) czyimś ogrodzie działkowym i rozglądam się. Widzę czarnego psa podobnego do ponuraka z Harreg'o Potter'a tyle, że ten ze snu był mniejszy i jakby... bardziej puszysty? Wpatruję się w niego i w końcu podchodzę, ten skacze i na ramie mi wyrasta czarny ogon i uszy, pies znika jakby nigdy nic. ja dostaję jakiegoś odpału i zaczynam biec na czterech... 
   Biegnę przez ulicę, na której się znalazłam nie wiedząc nawet kiedy i rozglądam się na boki. Widzę jak przez furtki przeskakują psy(?) i biegną za mną (LOL). Biegnę dalej i mijam przechodniów, którzy zostają zahipnotyzowanie przez nieznaną mi siłę i popełniają samobójstwo. Nagle mnie i te wszystkie psy zaczyna gonić policja i CIA. Gonią nas my w końcu się zatrzymujemy ja wstaję i podchodzę do jednego z funkcjonariuszy i podpisuję coś, potem podchodzę do jednego z agentów CIA z kartką w ręku i długopisem. Zaczyna się rozmowa.
-I jak?- pyta agent. Ja spoglądam na psy za mną.
-Eksperyment wypalił- szczerzę się.
-Co z ludźmi?
-Zaraz po dotknięciu przez niego...- tu wskazuję na czarnego pieska na moim  ramieniu(ten sam co wcześniej, ale mniejszy)-... zaczynają popełniać samobójstwa. Jak widać wszystko poszło jak chcieliście.
-Dobrze się spisałeś Rex.- mówi agent i zaczyna mierzwić moje włosy(oczywiście ja dalej jestem w ciele tego chłopaka). Zamykam oczy i zaczynam merdać ogonem ciesząc się z pochwały.- Teraz możesz już iść. My zajmiemy się więźniami- powiedział patrząc na tamte psy co za mną biegły. Policjańci skuwali psy kajdankami i prowadzili je do wozów z klatkami. Agenci CIA też odchodzą z raportem i odjeżdżają. Ja czekam aż ci znikną z pola widzenia i gdy już ich nie widzę znów na czterech biegnę dalej, tym razem już sama. 
   Przeskok w czasie- jest wieczór, ja jestem na jakimś placu budowy i wtedy orientuję się, że to jedna, wielka łamigłówka. Rozglądam się szukając dawcy, ale go nie zauważam więc zaczynam myśleć. Dochodzi do mnie, że ta łamigłówka to coś w rodzaju labiryntu i jeżeli wybiorę złą drogę już się nie obudzę ponieważ pożre mnie wielki, truskawkowy kisiel(naprawdę chodziło o KISIEL)... Na moim ramieniu pojawia się opaska Orpheusza i wtedy wybieram drogę znaczoną drzewem jabłkowym w pełnym rozkwicie. Zaczynam biec na czterech i szybko analizować drogę. Skręcam w prawo i znajduję wyjście. Odetchnęłam z ulgą i wstałam a labirynt się rozsypał... Po drodze do domu spotykam Simbę, który ucieka przed hienami i ukrywa się w jednym z opuszczonych domków jednorodzinnych. Ja nie zwracam na to większej uwagi i "znikam" we mglę. Na końcu widziałam to wszystko z perspektywy drugiej osoby.

***
Nie wiem co wpływa na tak wielka dziwaczność snów, ale ja i tak swoje sny uwielbiam. Szczególnie jeżeli mam nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Nawet tę najmniejszą. Teraz idę szukać znaczenia tych snów w senniku.

czwartek, 15 sierpnia 2013

(12.08-13.08)- Perseidy



  Podwórko mojej cioci. Dzieci- Oliwia(bratanica), Sonia(kuzynka) i Kinga(siostrzenica) bawią się w berka oraz chowanego. Nagle z mieszkania mojej cioci wychodzi wysoki, czarnowłosy mężczyzna(Dantalion) oraz trochę niższy i drobniejszy chłopak, którego włosy wahały się od błękitu do delikatnego fioletu(Sitri). Wyglądał trochę jak dziewczyna. W końcu obaj wyszli z klatki schodowej i brunet mnie zawołał.
-Mika! Dawno się nie widzieliśmy, nie sądzisz?- uśmiechnął się.
-Masz już wszystko przygotowane?- zapytał błękitnooki.
-Ach, pewnie! Musimy tylko iść do mojego mieszkania.- odpowiedziałam.
***
[Przeskok w czasie]
[WIECZÓR ok. 20]


-Patrzcie! Już trochę widać!- krzyknęłam wskazując na nocne niebo, które przecięła spadająca gwiazda.
-Nigdy nie myślałem, ze to kiedyś zobaczę...- odpowiedział Sitri przegryzając ciastko i odchodząc bliżej okna.
   Niebo rozświetliło wiele Perseidów. Przepiękne, złote oraz błękitne smugi przecinały nocne niebo raz za razem, a my wpatrywaliśmy się w to ze zdumieniem. Sitri dalej chrupał ciastka i wafelki a Dantalion opierał się o parapet. Nagle przed moją twarzą pojawiło si e coś w rodzaju świetlika... Było złocisto-niebieskie i czuło się od tego przyjemne, delikatne ciepło. "Świetlik" jakby się we mnie wpatrywał... Nastawiłam kocie uszy na baczność i uśmiechnęłam się, a on zatańczył w powietrzu pozostawiając za sobą przepiękne, jasne smugi. Sitriemu oczy aż zabłyszczały z zachwycenia i przestał nawet chrupać ciastko, natomiast Dantalion uśmiechnął się i powiedział jakby półszeptem "Piękne...". Nagle Perseid- bo był to właśnie jeden, przeleciał nad moją głową i z powrotem skierował się ku otwartemu oknu tworząc jakby ścieżkę... Ścieżkę podobną do brokatu... Naszła mnie myśl aby wejść na nią. I tak tez zrobiłam. Powoli wspięłam się na parapet a następnie jedną noga stanęłam na tej właśnie ścieżce. Potem zrobiłam kilka koków i w końcu uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i jakby zatańczyłam na tej ścieżce.
-Tez tak chcę!- krzyknął Sitri i wskoczył na ścieżkę zaraz po mnie o czym ruszyliśmy w górę za "świetlikiem". Brunet tylko na nas patrzył z uśmiechem po czym odszedł i jakby rozpłynął się w powietrzu, z Sitrim było podobnie... Jak tylko doszliśmy trochę wyżej on także zaczął się "rozsypywać" pozostawiając po sobie tylko drobne "gwiazdeczki brokatu", które zawirowały wokół mnie...

   Na samym końcu usłyszałam tylko cichy śmiech jakiejś osoby i obudziłam się mając w głowie właśnie obraz nieba rozświetlonego przez Perseidy. Może w rzeczywistości nie było ich widać, ponieważ niebo było zachmurzone, ale sen to jednak jakby lepsze doznania :)

***
Od teraz będę do każdego postu dodawała zdjęcia/rysunki przedstawiające mniej/więcej moje sny, oraz będą tagi.

(06.10.12r-07.10.12r)- Gold Golem(Złoty Golem)

   Akcja rozgrywa się w bliskiej przyszłości. Polska zajmuje teraz ponad połowę powierzchni Ziemi wliczając morza i oceany. Zaawansowana technologia szerzy się na wszystkie strony świata. Autostrady łączące kontynenty są opuszczone. W tym spokojnym klimacie na rynku głównym w ¹Varii, oglądając się za siebie na deskorolce jechała młoda dziewczyna. Miała na sobie bluzkę z długim rękawem, białą spódniczkę oraz białe, luźne nogawki, na głowie lekko zsuniętą czapkę z kocimi uszkami. Za dziewczyną ścigała grupka nastolatków.
   Cmoknęła z irytacją i skręciła w dobrze jej znaną uliczkę prowadzącą przed Instytut Badawczy im. Luis Scratch. Gdy jechała już bliżej murów skoczyła na czerwone "poddasza" łapiąc deskorolkę jedną ręką i tym samym unikając ciosu łańcucha. Pozostali ruszyli za nią a chłopak stojący na ich czele wymachiwał łańcuchem nad głową przyspieszając. Kolejny skok, tym razem na kolejny z czerwonych daszków, ale ustawiony wyżej. Pościg trwał już dobre dwie godziny, nikt nie miał zamiaru odpuścić.
   W końcu wszyscy znaleźli się na dachu Instytutu. Blondyn kolejny raz rzucił w jej stronę łańcuchem
-Kya!- pisnęła cudem unikając metalu, niestety szara czapka, którą miała została przybita do muru wejścia na dach.- A tak ją lubiłam...- powiedziała do siebie z żalem patrząc na czapkę. To jednak jeszcze bardziej zmotywowało ją do ucieczki.
   Ponownie odepchnęła się nogą od szarej powierzchni, po której jechała. Przeskoczyła na kolejny z dachów tyle, że niższy. Kolejne uderzenie srebrnego łańcuchu wbiło się w cement, grunt się zatrząsł, a srebrny metal okrążyły błyskawice mieniące się złotym, srebrnym i niebieskim kolorem. Gładką powierzchnię przecięły pęknięcia a szarą do tej pory, nikłą ciemność rozjaśniło jasne światło. Ludzie stojący na dole na pewno mięli niezły widok. Blondyn zacisnął zęby w uśmiechu i szarpnął łańcuch. Po chwili było już widać jeden z pomniejszych budynków. Tylko parę metrów dzieliło szatynkę od ziemi. Zaraz po tym jak znaleźli się na mniejszym budynku dziewczyna uśmiechnęła się do siebie podstępnie i w końcu wyskoczyła obracając się wokół własnej osi na tle złotego słońca. Tam jej droga się kończyła.
   Wylądowała na desce robiąc krótki zakręt nie patrząc na drogę. Plusk. Grupa ścigająca zielonooką wpadła do rzeki przepływającej po między budynkiem i drugą połową mostu, który właśnie się otworzył. Blondyn i pozostała piątka wynurzyła się z wody. Dziewczyna zaśmiała się donośnie kładąc ręce na biodra.
-Niech was ryby zeżrą za to, że straciłam ulubioną czapkę gnojki!!- krzyknęła do nich po czym ulotniła się na pustą autostradę.
   Z uśmiechem jechała z rękami za głową po czarnym asfalcie. Nuciła jakąś melodię, w końcu zauważyła znajomego chłopaka z czarnymi włosami. Szedł wolno wyglądając na przygnębionego. Przyspieszyła tak by znaleźć się obok niego i wtedy zwolniła by dotrzymać mu "kroku".
-²Team- szepnęła by zwrócić na siebie uwagę.
-Cze...- odpowiedział tylko.
-Dobrze się czujesz?
-Tak jakby... Właśnie wybieram się na rodeo do wujka.- spojrzał na nią.
-Hmm... Chyba się przyłącze. I tak nie mam co robić- wyszczerzyła się.
-Twój ojciec wie, że bierzesz w tym udział?- zapytał patrząc na deskorolkę.
-Nie. Gdyby się dowiedział spaliłby wszystkie moje nagrody i cały garaż z częściami zapasowymi oraz warsztat...
-Rozumiem... A twoja mama?
-Wyjechała do Londynu kilka dni temu.
-A właśnie! Kumpel powiedział, że za tydzień w Koszarach odbędzie się turniej.
-Haa?! To 200 km drogi stąd- powiedziała podekscytowana.
-Pojadę z tobą jeśli chcesz- uśmiechnął się.
-Przecież cię nie wpuszczą! Nie bierzesz w tym udziału nie?
-Haha... Jeżdżę od kilku miesięcy. Ale i tak ci nie dorównuję- powiedział skromnie.
-Czemu nic nie powiedziałeś?!
-Wybacz... Nie lubię tego rozgadywać...- podrapał się po głowie.

   W oddali było już widać starą farmę, na której terenie stał nie wielki dom o czerwonym dachu. Oboje przyspieszyli. Po krótkiej chwili byli przed wejściem do zagrody. Dziewczyna zeskoczyła z deski i nadeptując ją złapała przedmiot do ręki po czym zabrała go pod pachę. Gwizdnęła z zachwytu.
-Nieźle... Farma się powiększyła?- zapytała.
-Nom... Wuujkuu!- krzyknął wchodząc do zagrody, w której odbywał się turniej ujeżdżania krów.
-Team! NeKo! Witajcie!- krzyknął mężczyzna w podeszłym wieku.
  
   Z białej krowy nagle zleciał młody chłopak i wszyscy obecni wpadli w śmiech.

C.D.N... Może...
***
¹Varia - nazwa Warszawy w obecnym roku.
²Team - czyt. Tiim

czwartek, 18 lipca 2013

(17.07-18.07) "Nie zadzieraj z wilkiem..."

   Mała oaza niedaleko pewnego ośrodka wczasowego. Miasto i kraj nie znany. Pewna granatowowłosa dziewczyna rozmawia z przyjaciółka siedząc na drzewie, do którego przymocowana jest huśtawka(lina i gruby badyl). W pewnym momencie granatowowłosa zauważyła pewnego chłopaka zakradającego się od tyłu do pewnej kobiety. Chłopak miał krótkie włosy w fioletowym kolorze i szarą skórę. Wyglądał także jakby nie miał jednej ręki. W końcu złapał kobietę za kark i uśmiechnął się delikatnie wypowiadając pewne słowa. Słuch dziewczyny jednak wszystko usłyszał. Była to najzwyklejsza w świecie klątwa.
   Wilczyca(bo owa dziewczyna była właśnie wilkiem) zmarszczyła brwi i zacisnęła zęby. Jej wzrok był przepełniony nienawiścią widząc jak fioletowo-włosy puszcza szyję kobiety i szepce dumnie: "Teraz nikt nie będzie Ci w stanie pomóc... Za trzy dni zostaniesz potrącona przez pędząca ciężarówkę, a na Twój pogrzeb przybędzie tylko córka i mąż. Mam nadzieję, że mi potem podziękujesz...". Gdy to powiedział zniknął.
-Saba?- zapytała zdziwiona brunetka siedząca obok dziewczyny.
-Zaczekaj tu na mnie.- nakazała i zeskoczyła z wysokiej gałęzi na nieco niższą aż w końcu na ziemię i ruszyła za chłopakiem.
   Zobaczyła go nucącego jakąś piosenkę opierając się o wielki głaz. Podeszła do niego cicho i odezwała się zdenerwowana.
-Gnojku myślisz, że kim jesteś?- chłopak odwrócił się natychmiast.
-Człowiek...?- mruknął do siebie.
-Nie wiem czy twoje moce są tak słabe czy chodzi o twoje zmysły, ale naprawdę nie wyczułeś w pobliżu innego demona?- zapytała.
-O jakim demonie mówisz? Nic nie wyczuwam.- złapał ją za nadgarstek i spojrzał na jej rękę po czym przejechał po niej. Na skórze granatowowłosej pojawiły się nieznane jej znaki.
"In sensu compositionis iterum..."
Słowa te wypowiedział demon następnie uśmiechnął się. - Od teraz każdy mój ból; fizyczny jak i psychiczny będzie odczuwała podwójnie.- szepnął.
-Oh...- roześmiała się.- Jaja sobie ze mnie robisz śmieciu?- chłopak odskoczył na jeden z dachów domków za nim. Ta zaś skoczyła za nim i stanęła przed nim na czterech podchodząc bliżej.- Nie zadzieraj z wilkiem...- wysyczała i jednym, sprawnym ruchem zacisnęła dłonie na jego szyi dusząc go.- Klątwy są dla dzieci... A ja nie jestem nawet człowiekiem.- uśmiechnęła się i zacisnęła dłonie. Jej ręce do łokci stały się czarne, na ciele "wyrosły" czarne wzory, które wyglądały jak pędy kwiatów. Z jej łopatek wyrosły także przepiękne, czarne skrzydła splamione krwią a włosy stały się srebrno-niebieskie.
"Neferata ku satan du."
Wysyczała przez zęby a fioletowo-włosy znów rozpłynął się w powietrzu. - Tsk. Tchórz- warknęła i także zniknęła z pola widzenia pozostawiając po sobie tylko czarne pióra falujące w stronę jeziora i opadające delikatnie na taflę wody.
  

(12.02-13.02) Humor i Horror

  Zaczęło się tak, że nocowałam u siostry. Jej męża nie było więc byłam tylko ja, ona i jej córka. Po wstaniu na drugi dzień(oczywiście we śnie...) w jej pokoju stał ksiądz i święcił go, ja wstałam i zaczęłam się ubierać a ksiądz tego nie widział... Po jakimś czasie przyszła moja mama z bułkami:
-Mamo, to jedziemy do tego kina czy nie?
-No jedziemy.
-A Ania też jedzie?
Moja siostra się roześmiała i powiedziała:
-A kto was tam zawiezie?

  Cisza...
  Schodzimy na dół do jej samochodu i ja zamiast do samochodu to w stronę jeziora biegnę(obok mieszkania mojej siostry jest jezioro). I o dziwo byłam w stroju kąpielowym mimo, że wychodziłam w krótkich spodenkach i bluzce na ramiączkach...
  W końcu ja jestem już w wodzie i pływam jak syrenka... Przypadkiem dobijam do pewnego kolesia z deską surfingową i z (!) czepkiem kuchennym na głowie! Wynurzam się z wody i nagle mam długie, czarne włosy i kocie uszy i jeszcze dwukolorowe tęczówki. Pacze tak na gościa i w końcu pytam:
-Czy to możliwe, że jesteś Dake?- i taki zdziw.
On przytakuje i posyła mi uśmiech. Ja jak głupia rzucam się na niego i tulę.

  Dobra. Mija kilka minut, a my surfujemy po tym jeziorze, a fale przychodzą nie wiadomo skąd... Znowu przeskok akcji i jest pokazane jak rzucamy się (!) CYTRYNAMI. No nic cytryny jak śnieżki roztapiają się w wodzie... W końcu Dakota idzie po coś do sklepu a ja zostaję sama w gronie innych ludzi. Nagle rozlega się krzyk:
-DEMON DO CHOLERY WRACAJ TU TY GŁUPI PSIE!!
Ja tak się rozglądam, aż widzę, że prosto na mnie biegnie po wodzie, niczym Jezus czarny pies. Upadam do wody, której w tym miejscu było tylko po kolana... Potem do wody wchodzi ów jegomość w ciuchach, po prostu wlazł do wody w ciuchach i narzekał, że jego koszulka z logiem ulubionego zespołu jest cała mokra i klei się od soku z cytryn... Znowu pacze... A tu psa łapie Kstiel ze słodkiego flirtu(przedawkowałam grę...). Cały mokry a ja jeszcze się na niego rzucam, ten bezskutecznie próbuje mnie odepchnąć. No dobra... Pacze na psa, który zmienił się w chłopaka o długich, czarnych włosach,  psim ogonie i uszach... Był nagi... Ale stał już w wodzie... Rozkłada ręce i gada:
-NIE! To nie ja rzuciłem Natanielem na dach szkoły! Nie mam zamiaru iść do więzienia! I mówię jeszcze raz! TO NIE JA!!- i odbiega zmieniając się w pewnym momencie w smoka... Fala zmywa mnie i czerwonowłosego pod wodę, a Dake na tej fali surfuje...

  .KONIEC SNU NUMER 1.



 
  Jestem w jakimś dziwnym miejscu... Prawdopodobnie las, z niezliczoną liczbą drzew i krzewów, siedzę pod jednym z nich i przecieram oczy. Z jakiegoś powodu czuję straszny niepokój... Słyszę kroki. Podskakuję w miejscu. Zza jednego z drzew o grubym pniu wychodzi dziewczyna, ciemna blondynka z czarna, szeroką opaską. Podchodzi do mnie:
-Co ty tu jeszcze robisz Donia?
-Olka?- zdziw i wstaje.
-Pozostali czekają przy wieży, pospiesz się i chodź...- nakazuje a ja wstaję.

  No to idziemy... Przez całe plątaniny ścieżek i drug, nagle zza jednego z drzew wyjeżdżają goście na deskorolkach krzycząc i szczerząc się. Odskakujemy w porę, bo inaczej by nas stratowali...
  Idziemy dalej, w ciszy. Widać już wieżę. Była wysoka a ja czułam jeszcze większy niepokój. Ale idziemy dalej. Mijamy kapliczkę z zadbanych, czerwonych cegieł, ale nie posiadała charakterystycznego "niby krzyża". Rozglądam się i myślę "już gdzieś to widziałam...". Wieża jest wprost przed nami, strach się nasila. Znów się rozglądam i widzę (o boże...) Pinkie Pie... Obok niej stoi Twilight Sparkle, ale nie była fioletowa tylko biała.
-No co tak długo?!- wyskakuje z pytaniem Pinkie.
-Zgubiła się w lesie...- odpowiada Olka wskazując na mnie.
-IDIOTKA!- zaczyna Twilight.- Nie ma czasu na gubienie się w lesie! Az taki duży to on nie jest!(ta... to tylko ponad miliard hektarów, a może i więcej...).

  Patrzę na wieżę spuszczając kocie uszy ze strachu. Po chwili zrobiłam kilka głębszych wdechów i uspokajam się. Macham ogonem nerwowo po czym poprawiam zsuwające się z nosa okulary. Pinkie i Twilight zmieniają się w ludzi.
-Idziemy...- mówię stanowczo i ruszam w stronę wejścia do wieży.

  Znajdujemy się już w połowie wieży. Stop. Słyszę kroki, szybko kryjemy się za jeden z filarów. Słychać następującą rozmowę:
-Przychodzą tu praktycznie codziennie. Skąd pewność, że te dziewczyny odpuściły?
-W końcu kilka razy już je prawie mieliśmy. Nie narażałyby się na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

  Faceci przeszli nie zauważając nas. Poczekałyśmy jeszcze trochę, aż w końcu ruszyłyśmy dalej. Szczyt wieży. Mały pokoik, akurat odpowiedni dla jednej osoby z łóżkiem, dużą szafą, małym, okrągłym stolikiem, biurkiem, stołkiem i półtorametrowym oknem. Rozglądamy się. Z szafy nagle wychodzi Kinia słuchając muzyki. Podchodzę do okna i wyglądam przez nie. Widać miasto poza granicami lasu. Patrzę w dół, znów to uczucie niepokoju. Słychać kroki, szukamy wyjścia. Myślę "przez okno!", ale ono jest zbyt wysoko od ziemi. Olka podchodzi do drzwi.
-Odwrócę jego uwagę, a wy biegnijcie!- TRZASK! Otwarła drzwi prosto przed mężczyzna o długich, białych włosach, złotych, lekko żmijowatych oczach i ubraniu w stylu wiktoriańskim w kolorach biel i fiolet.
-SZYBKO!- krzyczy Olka a my jak szalone wybiegamy potrącając na schodach jakichś mężczyzn, prawdopodobnie eskorta białowłosego. Złotooki stoi przez chwilę bez ruchu, aż w końcu Olka odbiega tak samo jak my.
-Za nimi!- krzyknął. "Wojsko"- bo tak nazywali siebie mężczyźni- ruszyli za nami. Na daszku wejścia do wieży siedziała kolejna dziewczyna o granatowych włosach i wilczych "dodatkach", na jej głowie siedziała błękitna smoczyca, a obok szatynka, trochę młodsza, obok sztynki długowłosy blondyn z lisimi uszami.
-Widzisz? Tak właśnie wygląda cel- powiedziała spokojnie granatowowłosa wskazując na hologram wytwarzany przez telefon. Był to właśnie białowłosy. Potem kolejny hologram.
-A to?- zapytała szatynka.
-Jego siostra- dziewczyna na holograficznym obrazie miała równie długie, białe włosy, złote, żmijowate oczy a na sobie miała białą sukienkę, fioletowe bolerko z jaskółczym ogonem oraz długie za kolana, czarne buty na obcasie.

  Z wieży wybiegł białowłosy. Wilczyca wstała gwałtownie:
-UŁA!! WŁAŚNIE UCIEKA!- krzyknęła wskazując palcem na mężczyznę. Błękitna smoczyca podleciała do góry w końcu pochłonęło ją białe światło i zmieniła się w wielkiego smoka. Jej pióra nadal były błękitne, ale pojawiły się złote wzory na jej ciele. Ryknęła, a błękitnooka dziewczyna skoczyła na jej grzbiet. Ruszyły za nim drogą powietrzną. Szatynka i blondyn zmienili się w lisy i zeskoczyli z daszku biegnąc tropem złotookiego.

"Nazywa się Serzon, jest silnym czarnoksiężnikiem a także szefem niewielkiej grupy przestępczej."


  Biegłyśmy przez las ciągle oglądając się za siebie. Po ścieżkach nadal jeździli kolesie na deskorolkach.
-HAYAKU! HAYAKU!- krzyczałam do dziewczyn.

  Potem razem z dziewczynami zatrzymałyśmy się przed masywną bramą.
-Szefie. Pięć sztuk, co z nimi zrobić?- rozległo się pytanie. Uniosłam głowę. Na jednej z gałęzi drzewa kucał brunet z telefonem przy uchu i uśmiechem. Rozłączył się i zeskoczył.
-Ręce za głowę i pod bramę Panienki...- powiedział wyciągając zza paska spluwę. Stanął za mną i poczułam przystawiana do tyłu głowy lufę.
-Pomyślcie życzenie...- Strzał.

"OBUDŹ SIĘ! OBUDŹ SIĘ! OBUDŹ SIĘ!!"

.KONIEC SNU NUMER 2.



 I w tym momencie się obudziłam... Z cholernie szybkim tętnem, normalnie słyszałam jak serce wali mi jak oszalałe... Do tego była świadoma tego, iż śnię. Szczególnie przy końcówce, ale za nic nie mogę się pozbyć uczucia bólu w tyle głowy i jeszcze się lekko trzęsę... Masakra normalnie... To pierwszy taki sen... Chociaż nie, bo śnił mi się kilka razy, ale zawsze w momencie wchodzenia do wieży się budziłam, albo najpierw modliłam się do tej kapliczki i odchodziłam na marmurowe fontanny, takie marmurowe schody po których spływała woda, coś takiego bodajże w Sosnowcu jest. Czułam ten niepokój, ale nie było to straszne, po przebudzeniu też jeszcze czułam niepokój, ale mi już przechodzi... Jak przypomnę sobie poprzednie wersje tego snu to też napiszę. Było też coś z tym, że w tej kapliczce jakiś bożek był i trzeba było przejść prze wycieraczkę, aby można było z nim porozmawiać, i wersja z festynem tegoż to bożka. Kilka ich było i za każdym razem jakby kolejna i kolejna część snu się odkrywała...

A ja muszę ograniczyć słodki flirt, bo już mi się śni (._.)'